Studnia pod słońcem

przełożyła Ewa Ambroziewicz

Centauri LiteraturaChryzostom już od pół roku był nowicjuszem, gdy po raz pierwszy poczuł swędzenie. Najpierw na plecach, później nad karkiem, w zgięciach kończyn, a wreszcie na brzuchu i twarzy. Początkowo nie przywiązywał do tego większej wagi. Był sierpień, w powietrzu pyłek kwiatowy, dziedziniec cały w słomie, wokół zamku jeździły wozy z sianem, pokrzywy na brzegu fosy wysokie po szyję; za dnia ściany tuczarni pod hospodą obsiadały miliony much, czerniły się od nich nawet wyrzeźbione z czerwonego marmuru kamienne sploty i konsole Porta Speciosa. Wokół mułów ojca Inwalida latały gzy wielkości kubków, a po zachodzie słońca nad cysterną kłębił się obłok komarów. Było więc dość powodów, by swędziało, nie mówiąc już o tym, że czarny, bezimienny pies furtiana ze sześć razy w ciągu dnia goniąc koty ojca Cholesteryna, roznosił po podwórzu pchły, które w fałdach zamiatających ziemię habitów szybko docierały do najdalszych zakątków klasztoru, do najmniejszego ołtarzyka w zakonnych celach. Nie było wprawdzie widać ani obrzęku wskazującego na ugryzienie gza jako przyczynę swędzenia, ani zaczerwienionego stożka jak po ukąszeniu komara, ani też kropki niczym po ukłuciu igły, co podejrzenie kierowałoby na pchłę – mimo to brat Chryzostom, urodzony we wsi należącej do klasztoru, spokojnie drapał się przez całe lato, o nic się nie martwiąc.
Jesienią ochłodziło się i komary, gzy, muchy zniknęły we mgle, nawet pchły wolały zaciszne legowisko psa furtiana niż pełne przygód, odkrywcze wyprawy w celu skosztowania wszystkich ojców, braci i diakonów. Ale biednego Chryzostoma nadal swędziało, a nawet, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej niż w sierpniu. Wówczas zaniepokoił się po raz pierwszy. Sprawdził, czy nie ma wszy i czy nie złapał świerzbu. Czy w skórze nie zagnieździła mu się pchła piaskowa? Martwił się również, czy to swędzenie nie pozostało mu aby ze świeckiego życia, i,  nie daj Boże, będzie zmuszony to wyznać, co może spotkać się z nie lada potępieniem. Dlatego bacznie, choć ukradkiem, obserwował współbraci podczas nieszporów, niedzielnej sumy, komplety, w wigilię świąt, nawet przy obiedzie wypatrywał kto, kiedy, w jakie miejsca i jak często się drapie. I gdy pod koniec listopada nadeszły pierwsze mrozy, liście opadły z drzew, gdy życie insektów całkowicie zamarło, a po nocach porośnięte bluszczem mury zamku odbijały echem niespokojne gęganie gęsi, za dnia natomiast falujące różańce żurawi przeciągały nisko nad wieżą bazyliki, dostrzegł wreszcie, że inni też się drapią. Zarówno kościelny, ojcowie Prius, Papirus, Kolubryn, jak i pies furtiana czy koty ojca Cholesteryna. A opat Gigas niekiedy nawet w czasie Podniesienia. Jedną ręką wznosi świętą, białą hostię, ciało Chrystusa, drugą bezwiednie drapie się pod sutanną. „Jeśli wszyscy się drapią i nic nikomu nie dolega, po co się niepokoić?”– pomyślał Chryzostom, nie wykluczając, że ta chorobliwa samoobserwacja jest niczym innym, jak przejawem próżności. Gdy pewnego dnia uświadomił sobie, że modli się o to, aby swędzenie ustąpiło, zawstydził się, bo uznał to za oznakę zwątpienia, sprzeciwu wobec woli bożej. Jeśli Bóg chce, żeby swędziało, pomyślał Chryzostom, to trzeba się drapać, zamiast wznosić modlitwy na nieszporach. Wielka mi rzecz swędzenie, kiedy nędzarze we wsi i trędowaci na obrzeżach miasta żebrzą o kawałek chleba, by przeżyć! A skoro już zwraca się w sprawie swędzenia do Ojca w Niebiesiech, to czyż nie powinien raczej zmówić kilku pacierzy w intencji uwolnienia opata Gigasa od owej przypadłości?
CENTAURI KÚTNiestety, te skrupuły wpędziły go w tarapaty. Wyznanie Chryzostoma, że się drapie, opat Gigas zrazu uznał za nieporozumienie, kiepski żart, naigrawanie się ze świętości spowiedzi – i nie dał mu rozgrzeszenia. Załamany braciszek głowił się, jaki interes Pan może mieć w tym, aby za coś takiego wydallili go z klasztoru? Gdy następnego dnia opat Gigas wezwał go do siebie, Chryzostom pomyślał: no, teraz usuną mnie z grona braci. Ale choć rada skłaniała się ku takiemu rozwiązaniu, opat w sposób tyleż surowy co roztropny zażądał od nowicjusza wyjaśnień: chciałby wiedzieć, dlaczego wyznał podczas spowiedzi, że się drapie. Chryzostom odpowiedział  następująco:
– Ponieważ dzieje się tak od dłuższego czasu, pomyślałem, że Pan, zsyłając na mnie świąd, być może chce, żebym cierpiał. W końcu uznałem, że wystawia mnie na próbę, jak z celibatem, a ja swoim drapaniem sprzeciwiam się Jego zamiarom.
Opat Gigas bardzo się zdziwił, kazał Chryzostomowi usiąść i pomyślał, że  miejsce takiego bogobojnego brata jest raczej wśród franciszkanów aniżeli w szeregach uczonego zakonu, i już miał zamiar uczynić stosowną propozycję, lecz w tej samej chwili uświadomił sobie, że nie sposób załatwić tego tak, aby nie urazić braci fraticellich. Szkoda by było, gdyż opat – jak przystało na kościelnego dyplomatę z krwi i kości – dbał o przyjacielskie stosunki zarówno z tymi w brązowych habitach, jak i z dominikanami, benedyktynami, a nawet ze sztywnymi, jakby kije połknęli, jezuitami. Po chwili pomyślał: A jeśli Pan przyprowadził do mnie Chryzostoma, żeby w jego osobie dać mi przykład pietyzmu? Kto wie, jaki ma w tym cel? Może ten pobożny, prostoduszny brat ma rację i tego, co swędzi, nie wolno drapać? Tak czy siak, niech tu pozostanie, aż do wyjaśnienia, czy Niebiosa zesłały go na naszą korzyść, czy na naszą zgubę.
Na koniec opat Gigas orzekł, że wolno się drapać, ponieważ w Piśmie Świętym nie ma takiego zakazu, i odprawił Chryzostoma, udzieliwszy mu rozgrzeszenia, co wprawdzie przyniosło bratu ulgę, ale nie rozwiało jego teologicznych wątpliwości w kwestii drapania.
Kiedy w okresie świąt Bożego Narodzenia mogła go odwiedzić matka, Chryzostom w ciągu pięciu minut widzenia, na jakie zezwolił opat Gigas, w trosce o zdrowie braci próbował się dowiedzieć, czy nie zna ona przypadkiem jakiegoś środka przeciwko świądowi. W drugiej połowie zimy w klasztorze było ciszej niż zwykle, dni upływały braciom na medytacjach, a Chryzostomowi na zdumieniu: że nadal się drapie, na leżąco, na siedząco i na stojąco, i że wszystko niemiłosiernie go swędzi. Pewnego wieczoru, otworzywszy Biblię na I Księdze Mojżeszowej, zauważył całkiem małego, mlecznobiałego robaczka, który podążał od wersetu 1.18 do 3.15. Szybko przekartkował całość i takiego samego, podobnego do wszy robaczka znalazł również przy wersecie 37.20, w Księdze Sędziów przy 16.6, w Ewangelii według św. Mateusza przy 23.27, a w Księdze Objawienia przy wersecie 20.1 nawet trzy! Brat Chryzostom popadł w prawdziwą rozpacz. Zamknął Biblię, przeżegnał się, zdjął prześcieradło z łóżka, wywiesił je za okno, chociaż to było zabronione, i wytrzepał, w końcu rozłożył na blacie stołu i wygładził. Pochylił się nad nim, gwałtownie czochrając głowę w poszukiwaniu insektów. Powtórzył tę czynność chyba z tuzin razy, zanim ujrzał na prześcieradle robaczka.
– O, Boże! Mam wszy – westchnął, po czym posłał łóżko i nie bacząc na klasztorne silentium, pospiesznie ruszył w stronę klauzury, a tam pognał prosto do opata.
– Co się stało, bracie? – zapytał opat Gigas, ponieważ Chryzostom stał przed nim potargany, zlany potem, drapiąc się jak szalony, bez wątpienia na granicy załamania nerwowego.
–   Mam wszy – wyznał nowicjusz bez ogródek i stanął pod ścianą ze złożonymi do modlitwy dłońmi i spuszczonym wzrokiem. Opat zamyślił się, po czym wyprosił go z pokoju.
–    Zaczekaj tu! – rzekł do niego i poszedł po ojca Jodida, który następnie drobiazgowo przejrzał włosy Chryzostoma, kołnierz, a nawet miejsca pod pachami, ale niczego nie znalazł. Opat Gigas gniewnie pokręcił głową.
–    Skąd ci przyszło do głowy, że masz wszy? Chyba nie z powodu tego swędzenia?
Chryzostom cicho, lecz zdecydowanie, zaprzeczył:
– Nie z powodu swędzenia. Znalazłem wszy. Na sobie wprawdzie tylko jedną, lecz w Piśmie Świętym roi się od nich!
– W twojej Biblii? – spytał opat.
– Tak, w mojej Biblii, zwłaszcza w Księdze Objawienia.
Ojciec Jodid uśmiechnął się, lecz zganiony spojrzeniem opata, też sposępniał.
– Słowem, w twojej Biblii, w Księdze Objawienia? Zatem przynieś nam tutaj tę swoją Biblię!
– Tak jest – odrzekł Chryzostom, pozapinał habit, poprawił szkaplerz i pędem pobiegł do swojej celi.
– Wejdźmy – zaproponował opat Gigas ojcu Jodidowi, który miał nadzieję, że teraz, kiedy nowicjusz wyszedł, omówią tę sprawę w cztery oczy. Mianowicie że biedny Chryzostom, który zawsze był dziwny, postradał zmysły. Ale opat Gigas nie odezwał się, usiadł przy stole i czekał, wobec czego ojciec Jodid zastygł jak posąg obok na wpół przymkniętych drzwi, pod obrazem Maryi. Nie musieli długo czekać, niebawem brat Chryzostom przybiegł bez tchu, trzymając dwoma palcami, jakby go parzyła, świętą księgę. Opat Gigas zrobił miejce na stole.
– Połóż ją tutaj!
Chryzostom wykonał polecenie.
– Otwórz na Księdze Objawienia!
Brat przygotował księgę, odwrócił ją w kierunku opata Gigasa, lecz zanim ją otworzył, uprzedził przełożonego:
– Niech opat bacznie obserwuje, bo są szybkie i w jednej chwili mogą zniknąć w oprawie.
– No dobrze, otwieraj wreszcie!
Chryzostom raptownie otworzył Biblię na oznaczonym zakładką zawszonym ustępie, a opat  Gigas i ojciec Jodid w tej samej chwili pochylili się z zaciekawieniem, i w rzeczy samej, ze cztery-pięć białych jak mleko weszek rozbiegło się na boki. Chryzostom wyprostował się i uśmiechnął z ulgą. Nie odezwał się słowem, ale był z siebie dumny. Ojciec Jodid poruszył kartką,  zgniótł jedno spóźnione mlecznobiałe stworzenie i zwrócił się do Chryzostoma:
– Ależ mój bracie! To są psotniki. One nie piją krwi. Pełno ich w bibliotece. Nie masz się czego obawiać.
Chryzostom zapytał jeszcze, czym się żywią te psotniki, a dowiedziawszy się, że papierem, kurzem, wszystkim, co im się trafi w starych książkach, z ulgą, ale też nieco zawstydzony, ruszył do drzwi.  Kiedy był już na korytarzu, opat zawołał za nim:
– Bracie Chryzostomie, jeszcze jedno! Częściej odkurzaj Biblię, a mniej zajmuj się swędzeniem.
W tej chwili Chryzostom też pomyślał, że powinien był raczej wstąpić do franciszkanów, nie zaś do takiego uczonego zakonu. Starał się zadośćuczynić napomnieniu opata Gigasa i od tej pory trzy razy dziennie, przed każdą wspólną modlitwą, odkurzał Pismo Święte, kartka po kartce, a kiedy znajdował w niej psotnika, łapał go. Ponadto starał się nie myśleć o narastającym swędzeniu. I przestał się drapać. Nauczył się znosić świąd tak doskonale, że w końcu jedyny w całym klasztorze nie drapał się nawet wtedy, kiedy był spocony. I w obawie przed kompromitacją już nigdy nie pisnął słowem na ten temat; nie powiedział opatowi Gigasowi nawet o bąblach pojawiających się już po wyświęceniu. Teraz wystąpiły w okolicach pępka, gdzie nikt ich nie mógł zobaczyć. Kolejne pojawiły się na plecach. Były nieco większe od ziarenek gorczycy. Chryzostom obserwował je, ale ani ich nie przybywało, ani nie ulegały zmianie; zachowywały się jak kurzajki czy nagniotki, a ponieważ w takich przypadkach skuteczny bywa żółty, czasem czerwonawy sok spływający ze złamanej łodygi jaskółczego ziela, nim właśnie próbował traktować swoje nibykurzajki, ale bez efektu. W środku lata jedna z nich zaczęła rosnąć i w ciągu tygodnia powiększyła się do rozmiarów pestki moreli – i bardzo bolała. Bąbel był miękki, żółty w środku. Po kilkudniowych zmaganiach z samym sobą, pewnego wieczoru Chryzostom przekłuł go i wycisnął gęsty niczym ropa płyn; pęcherz wygładził się, ból ustał, a rana błyskawicznie zaczęła się goić. Niestety, wczesną wiosną nastąpiło pogorszenie –  i to radykalne. Guzki zaczęły się mnożyć, w dodatku bardzo szybko. Co prawda przez jakiś czas omijały twarz, za to na nogach, na plecach i brzuchu zamieniały się we wrzody wielkości pestki moreli, wypełnione ropą jak ten pierwszy i równie bolesne. Chryzostom nie dawał sobie rady z ich przekłuwaniem, wyciskaniem, tajeniem cierpienia i rozpaczy. Zbierając wszystkie siły, najgłośniej wołał Alleluja!, podejmował się wszelkich dodatkowych obowiązków, przekopał herbarium, wyszorował posadzkę w krypcie i pilnował kaganków w kaplicy, aby nie ubywało w nich oleju. Ale wkrótce, co było do przewidzenia, na szyi oraz na twarzy zakonnika też pojawiły się wypryski. Opat Gigas upominał go, żeby częściej się mył. Chryzostom nie tylko twarz, lecz całe ciało mył częściej niż ktokolwiek inny. Z sześć-siedem razy w ciągu dnia, jeśli tylko miał sposobność i nikt go nie widział. Z klasztornego herbarium wynosił lawendę i rozkładał ją pod łóżkiem w nadziei, że podziała leczniczo. Ale bez skutku, natomiast z przerażeniem uświadomił sobie, że dopuścił się kradzieży.
Nadszedł czas spowiedzi.
– Zgrzeszyłem, ojcze – powiedział – z całego serca żałuję swojej winy, ukradłem.
Ojciec Kolubryn, który tego dnia był spowiednikiem, zdumiał się: czy to możliwe, że ten znany ze swej pobożności i gorliwości Chryzostom okradał braci  albo klasztor? Jako pokutę zadał mu dziesięć dni postu, sto pacierzy, sto zdrowasiek i odmawianie brewiarza przez miesiąc, a także nakazał wyznać kradzież przed obliczem opata Gigasa. Oczywiście, Chryzostom wolałby pościć nawet ze trzydzieści dni lub przez lata czytać brewiarz, byleby tylko nie musiał iść do opata. Uczynił jednak, co mu nakazał ojciec Kolubryn.
–  O co chodzi, bracie? – spytał opat Gigas.
Chryzostom pomyślał: Gdybym tylko mógł powiedzieć, że zapchała się rura do nawadniania, że szałwia uschła, cokolwiek, byle nie wypowiedzieć słowa – ukradłem… Przełknął ślinę, padł na kolana, ze szczerą pokorą i skruchą wyznając:
–  Ukradłem.
Tylko tyle. Ale opat Gigas nie wydawał się poruszony, nawet nie drgnął. Zapytał cicho, spokojnie:
– A co takiego ukradłeś?
– Lawendę z herbarium.
–  Czy wiedziałeś, że o wszystko, co się tam zrywa, trzeba zapytać ojca Wrotycza?
–  Wiedziałem.
–  I zwróciłeś się z tym do ojca?
– Nie zwróciłem się.
–  A więc to istotnie kradzież – orzekł opat Gigas, zamyślił się i, nieco rozdrażniony, zapytał:
–  Ale powiedz, po dia… Znaczy, do czego potrzebowałeś lawendy?
–  Na moją chorobę.
–  Bracie Chryzostomie! Nie chcesz chyba powiedzieć, że na swędzenie? – z rozpaczą w głosie wykrzyknął opat.
– Nie, wielebny ojcze opacie, nie! – wykrzyknął z kolei Chryzostom. – Na moje czyraki. Na wrzody. Nie wiem, co to jest. Wciąż na mnie wyskakują.
Opat Gigas spojrzał pytająco na Chryzostoma, który podciągnął habit, aby pokazać pokryte pęcherzami, brudne od krwi i ropy golenie.
– Chryste Panie – westchnął opat. – Opuść habit! Opuść! Wyjdź na korytarz! Nie! Zaczekaj na dziedzińcu krużganka!
Przygnębiony, ale pełen nadziei Chryzostom stał na krużganku obok studni, wpatrując się w dobrze mu znane, przedstawiające główne grzechy konsole, jak gdyby widział je po raz pierwszy w życiu. Nad dziedzińcem, niczym nakrycie głowy Maryi błękitniał lazur nieba, a spod chmur wypadł świeży, rześki wiatr; w kwadracie nad nim, jak na fresku, dokładnie pośrodku, krążył wielki, biały ptak. Chryzostom zastanawiał się, co to za ptak. Bocian? Nie, bocian nie jest taki biały. Biała czapla? Pelikan? Olbrzymia mewa? Biały orzeł? Śnieżnobiały kruk? Białosęp? Anioł? A wtedy nadeszli opat Gigas i ojciec Jodid.
– No dobrze, synu – rzekł opat Gigas, widząc, że braciszek cierpliwie czeka. – A teraz się rozbierz!
Uszczęśliwiony Chryzostom, zerkając od czasu do czasu na niebo i na olbrzymiego ni to anioła-orła, ni to anioła-kruka, zaczął rozpinać guziki, w powiewach wiosennego wiatru, w lśniącym słońcu, na oczach zakonników.
– Jezu, zmiłuj się! – rzekł ojciec Jodid, mierząc wzrokiem nagiego Chryzostoma i szepnął coś opatowi do ucha.
– No, bracie – powiedział opat Gigas do głupkowato uśmiechającego się Chryzostoma – to chyba taki przypadek, kiedy pokuta poprzedza grzech. Nie wiemy, co ci jest.
Lecz Chryzostom wcale się nie zasmucił. Poczuł, że wielki ciężar spadł mu z piersi, kiedy stał nagi, jak go matka urodziła, przed obliczem opata Gigasa i ojca Jodida, pod gołym, błękitnym niebem Pana Boga, w jego  rześkim i wonnym powietrzu, nie tylko nie kryjąc budzących grozę ran, lecz przeciwnie, obnażając je i wyznając nimi swoje grzechy oraz wiarę. I tak silnie wezbrało w Chryzostomie to uczucie, że nie popadł w rozpacz nawet wtedy, gdy opat powiedział:
– Ponieważ nie wiemy, na jaką cierpisz chorobę, nie możesz wrócić między braci.
Chryzostom widział, jak anioł opada coraz niżej i niżej.
– Prawdopodobnie na jakiś czas, dopóki nie wyzdrowiejesz lub też dopóki nie okaże się, co ci jest, będziesz musiał opuścić klasztor – dodał uczony ojciec Jodid.
Sens tych słów z wolna dotarł do Chryzostoma. Ze zdumieniem popatrzył na opata, błagalnie na ojca Jodida, a w końcu rzucił się na ziemię.
– Tylko nie to! Wielebni ojcowie! Wielebny ojcze opacie! Nie wydalajcie mnie z tego świętego miejsca! – i zaczął mamrotać: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje…
Opat Gigas i ojciec Jodid spojrzeli po sobie ze współczuciem.
– Być może to nic poważnego – szepnął ojciec Jodid.
– Ale nie możemy narażać braci na niebezpieczeństwo – uciął opat.
Następnie obaj ojcowie udali się do klasztoru na naradę, zwołano wszystkich zakonników, podczas gdy Chryzostom przez całe popołudnie stał na dziedzińcu, skąd nie wolno było mu się ruszyć.
Zapadł zmierzch. Powietrze ochłodziło się ledwie o tchnienie, pojawiły się gwiazdy, a z nimi opat Gigas, ojcowie Wrotycz, Jodid i Kolubryn. Opat z surowszym niż zwykle wyrazem twarzy tak się ustawił w świetle pochodni, że Chryzostom od razu pojął, iż to nie on będzie mówił. I rzeczywiście, zamiast niego odezwał się ojciec Kolubryn:
– Drogi synu! Współczujemy twemu losowi i rozumiemy cię, ale i ty musisz nas zrozumieć. Nie możemy ryzykować, że te wrzody przeniosą się na innych braci zakonnych. Dlatego masz dwa wyjścia. Albo opuścisz klasztor i wrócisz tu, kiedy wyzdrowiejesz. To, naszym zdaniem, byłoby najlepsze i dla ciebie, i dla nas, i może najbardziej zgodne z wolą Boga. Ale znając twoją pobożność i nie chcąc do twojej choroby i cierpień dokładać kolejnej zgryzoty, proponujemy, żebyś został w klasztorze, lecz w odosobnieniu.
Zaciekawiony Chryzostom z nadzieją słuchał ojca Kolubryna, który zamilkł i spojrzał na opata Gigasa. Opat ledwie zauważalnie skinął głową, toteż ojciec Kolubryn ciągnął dalej:
– Jak ci wiadomo, klasztorna studnia już od wielu lat jest sucha i nie daje wody. To jedyne miejsce, w którym bezpiecznie możemy cię odizolować, i tym sposobem, choć tylko po części, mógłbyś zostać z nami. Jednak studnia jest bardzo głęboka, będziesz w niej sam, kto wie na jak długo. Dobrze się więc zastanów!
W odpowiedzi Chryzostom ze łzami szczęścia rzucił się całować dłoń opata Gigasa. Opat i bracia cofnęli się z odrazą.
– Nie wolno, synu – rzekł ojciec Jodid.
– Non possumus – dodał Wrotycz.
– Czyli studnia? – spytał opat Gigas.
– Tak, wielebny ojcze opacie. Niech Bóg ojca błogosławi!
– No dobrze. Czekaj tu zatem, aż ojciec Kolubryn przygotuje twoje rzeczy i przyniesie łańcuch, z którego pomocą opuścimy cię na dół.
– Już teraz? – zapytał Chryzostom.
– Rozmyśliłeś się?
– Nie, ale tak od razu?
Ojciec Kolubryn szepnął coś opatowi do ucha, na co ten ponownie zwrócił się do chorego zakonnika:
– W porządku. Ojciec Kolubryn zostanie tu na noc, będzie z tobą czuwał i razem pomodlicie się za twoje ozdrowienie. O świcie na czas mszy otworzymy bramy Porta Speciosa, żebyś słyszał, jak wszyscy modlą się za ciebie i za zdrowie wszystkich braci w klasztorze, a potem zostaniesz opuszczony na dół.
Chryzostom spytał załamującym się z wdzięczności głosem:
– A co z kradzieżą?
Opat zamyślił się.
– Sądzę, że już za nią odpokutowałeś. Udzielam ci rozgrzeszenia. Nie zasypiaj tej nocy, dobrze ją spożytkuj!
Niebo się żarzyło. Chryzostom siedział w kucki na habicie, całkiem nagi, lecz nie marzł, noc była łagodna. Przed północą ojciec Kolubryn, który od ósmej wieczorem odmawiał z nim modlitwę, rzekł:
– No dobrze, synu. Nic więcej nie możemy zrobić. Będziesz miał dosyć czasu na modlitwę. Teraz odpocznij i przyjmij radę ojca opata. Dobrze spożytkuj tę noc, połóż się i podziwiaj bezkresne niebiosa Boga! Ja też tak uczynię.
Chryzostom bez słowa wyciągnął się na habicie. Pierwszy raz od dawna nie odczuwał swędzenia. Nie drapiąc się, leżał do świtu, wpatrzony w gwiazdy, w chmury, w zorzę wieczorną, a kiedy bramy Porta Speciosa zostały otwarte i ojciec Kolubryn skinął nań, złapał habit i czekał aż zabrzmi Dei gloriam; śpiewał tak, żeby tam w środku dobrze go usłyszeli, a pod koniec mszy padł na kolana obok studni. Niebawem nadszedł ojciec Kolubryn z grubym łańcuchem, zawiesił go na haku kołowrotu i szarpnął nim kilka razy.
– Możesz ruszać, bracie. Wkrótce spuścimy za tobą wszystko, czego będziesz potrzebował.
Chryzostom jeszcze raz spojrzał na niebo.
– Niech Pan będzie z tobą – rzekł ojciec Kolubryn.
– I z duchem Twoim – odparł Chryzostom, po czym z pokorą i niemal szczęśliwy wszedł na cembrowinę studni, chwycił łańcuch i zaczął się opuszczać w dół.
Zsuwając się w podkasanym do pasa habicie po kołyszącym się na boki łańcuchu, który obcierał mu uda i boleśnie raził wrzody, Chryzostom bał się, jak nigdy dotąd. Ale postanowił, że wytrzyma i nie będzie krzyczał. Kiedy dotarł na dół, bardzo mu ulżyło, chociaż studnia nie była tak sucha, jak oczekiwał. Wyjątkowo zimna woda sięgała mu do kolan, w dodatku natknął się w niej na kilka kości, chciał nawet krzyknąć, żeby go wyciągnęli, lecz gdy spojrzał w górę, przeraził się i żaden dźwięk nie przeszedł mu przez gardło. Strach, jaki odczuwał, zsuwając się w dół był niczym w porównaniu z tym, co poczuł na dnie, kiedy zobaczył mały, lśniący krążek, który odtąd miał być mu całym niebem! A na jego skraju cień, który był cieniem dalekiej sylwetki ojca Kolubryna. Chryzostom poczuł się mniejszy nawet od psotnika, w dodatku na dole było straszliwie ciemno.
– Czy wszystko w porządku, bracie Chryzostomie? – zawołał jakiś odległy, pusty, zimny głos, który jeszcze na górze był bliskim, przyjaznym i ciepłym głosem ojca Kolubryna.
Chryzostom  zacisnął usta, tak że omal nie pękły mu wargi, potem szeroko je otworzył i zawył. Ale jak! Zamiast krzyku uleciała z nich tylko jakaś straszna ciemność, jak nietoperz z wieży kościelnej. Twarz Chryzostoma zalały łzy, bez słowa skargi trząsł się cały, otwierał usta jak ryba miotająca się w saku i w jednej chwili uszła zeń cała nadzieja.
– Hej tam, bracie Chryzostomie? Dobrze się czujesz? Odpowiedz! – wykrzykiwał głos w oddali, a że Chryzostom nie był w stanie odpowiedzieć, ojciec Kolubryn pospieszył do refektarza, gdzie ojcowie szykowali się do śniadania. Opat Gigas pośpiesznie odklepał modlitwę przed posiłkiem, skinął na ojców Jodida i Loggię, po czym razem pobiegli w stronę krużganka. Nim dotarli do studni, Chryzostom poczuł się lepiej. Minął pierwszy wstrząs i teraz żarliwie odmawiał psalm 23. Opat Gigas i dwaj pozostali ojcowie z troską pochylili się nad studnią, skąd, z gęstej ciemności, usłyszeli ciche: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na Swoje imię”.
Ojciec Kolubryn złapał się za głowę. Ojciec Loggia rzekł:
–        Wyciągnijmy go!
Opat Gigas zawołał na dół:
–        Chryzostomie! Odpowiedz!
Z dołu dochodziło: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza”.
Opat Gigas naskoczył na ojca Kolubryna:
– Jak mogliście go wysłać na dół bez lampy? Natychmiast przynieście mu lampę!
Ojciec Kolubryn rzucił się pędem po lampę. Niebawem przed odmawiającym psalm Chryzostomem pojawiło się światło – ciepłe, przyjazne światło pięknej, czerwonej lampy sztormowej. Chryzostom przytulił ją i spojrzał w górę, jak gdyby sam Pan wysłuchał jego modlitw. Na skraju studni widział trzy cienie i w końcu usłyszał również nawoływania:
–        Chryzostomie! Chryzostomie! Czy słyszysz?
–        Taak! – odkrzyknął radośnie zakonnik.
Dalsza część dnia, burząc niejako klasztorny porządek, upłynęła na urządzaniu nowego lokum Chryzostoma. Jako że krzyk był mało skuteczny w dudniącej echem studni, z sali diakonów przyniesiono tablicę, ojciec Nimbus odpiłował spory jej kawałek, który wraz z tuzinem sztuk kredy posłano na dół Chryzostomowi, aby spisał wszystko, czego potrzebuje. A potem, żeby biedny braciszek nie stał w wodzie, spuszczono mu deski, kołki i gwoździe, płótna, stolik, jedno krzesło, pościel, lustro, brzytwę, balię do mycia i wszystko, czego tylko Chryzostom sobie zażyczył; po prawdzie nie prosił o wiele. Krzątanina wokół studni klasztornej trwała do wieczora. Kiedy Chryzostom nie prosił już o nic, a zakonnicy widzieli, że z dołu, w świetle brzasku, drobna postać przyjaźnie macha do nich ręką, co więcej, woła: mam się dobrze, bracia, wracajcie do swoich spraw! – powoli się rozeszli. Ojcu Kolubrynowi trzeba było pomóc w wydostaniu się z krużganka, ponieważ czuwanie poprzedniej nocy, rozterka po opuszczeniu Chryzostoma na dno studni i późniejsze chwile grozy, skrajnie go wyczerpały. Był rozgoryczony, dręczyło go poczucie winy, chociaż opat Gigas pospieszył ze słowami pocieszenia:
– To także nasza wina. My też mogliśmy pomyśleć o lampie.
Co jednak sumiennego ojca Kolubryna wcale nie pocieszyło. Aby zaś uniknąć dalszych incydentów, opat nie zezwolił pozostawić studni bez nadzoru; na parę dni wystawił nawet wartę, którą pierwszej nocy pełnił ojciec Inwalid.
Dalej sprawy potoczyły się stosunkowo gładko. Nie chcąc być ciężarem dla braci zakonnych, Chryzostom starał się nie narzekać, dużo się modlił, głównie odmawiając psalmy, i również tam w głębi, na dnie studni, przestrzegał reguł klasztornych. Kiedy o świcie kościelny spieszył do bazyliki, aby porozkładać nuty na ławach i zapalić świece na krużganku, zbaczał ku studni i wołał w czeluść: Już świta! Wtedy Chryzostom, chociaż nikt go nie widział, natychmiast się zrywał, doprowadzał do porządku i czekał. Sam był zdumiony, że po kilku tygodniach słyszy najdrobniejszy szmer, czasem wychwytuje fragmenty nabożeństw odprawianych w bazylice, przenikające na zewnątrz urywki chorałów gregoriańskich, i wie nawet, jaki fragment modlitwy właśnie odmawiają bracia zakonni. Naturalnie musiało upłynąć trochę czasu, zanim ustalono dokładny porządek dnia – kiedy który zakonnik przychodzi do studni, aby wyciągnąć nieczystości, kto spuszcza mu na dół czystą wodę, kto odbiera i później spala poza klasztorem jego odzienie; a tymczasem ojciec Wrotycz komponował i ucierał maści, z którymi cały klasztor, od furtiana po opata, wiązał nadzieje na rychłe wyleczenie Chryzostoma. Sam opat Gigas był zdumiony, jak wiele pracy jest  przy  spuszczonym do studni zakonniku, w każdym razie oczekiwał od wszystkich, że w imię miłosierdzia bez słowa skargi będą wypełniać nowe obowiązki.
Chryzostom bardzo marzł na dole. W studni panowały nie tylko ciemność i  wilgoć, ale także przejmujący chłód. Śnieg w napełnianej zimą klasztornej cysternie często nie topił się aż do maja. Można sobie wyobrazić, o ile zimniej było w dwukrotnie głębszej studni! Dno cysterny było widoczne nawet, gdy była pusta. Dno studni nigdy. Bezustanne dreszcze Chryzostom traktował jako nieodłączną część pokuty, ale pewnego razu, gdy z powodu wzmagającego się zimna nie mógł spać przez tydzień, wymiotował, miał przywidzenia i dręczył go strach przed śmiercią, pomyślał: Pan Bóg nie może chcieć, żebym zamarzł. Mój grzech nie może być aż tak wielki! – i poprosił ojców o spuszczenie polan. Niestety dym wzlatywał do góry dopiero po jakimś czasie, a przedtem kłębił się na dnie studni i zachodziła obawa, że Chryzostom się udusi. Wyznaczono więc pewnego nowicjusza, następcę Chryzostoma, by dwukrotnie w ciągu dnia rozgrzewał cegły w olbrzymim piecu ojca Cholesteryna i spuszczał je na dół niedomagającemu braciszkowi. Kiedy nadeszły deszcze, Chryzostom poprosił o daszek nad studnią. Do następnego poranka ojciec Nimbus wyszykował zgrabny zbiornik na deszczówkę, ale gdy Chryzostom zrozumiał, że teraz już nie zobaczy nawet małej niczym moneta plamki nieba, jął błagać, żeby pokrywę zdjęto, on zaś w razie potrzeby schroni się we wnęce studni. Takimi błahostkami wciąż naprzykrzał się chory brat, chociaż naprawdę starał się miarkować, a zakonnicy szybko uznali je za część klasztornej codzienności. Było jednak coś, w czym Chryzostom nie znał umiaru: spowiedź.
 
Spowiadania Chryzostoma i udzielania mu komunii dobrowolnie podjął się ojciec Kolubryn, bo wciąż miał wyrzuty sumienia z powodu nieszczęsnej lampy. Nie wiedział, na co się porywa! Otóż Chryzostom bez przerwy chciał się spowiadać i przyjmować komunię, lecz to drugie było możliwe tylko podczas mszy. Metoda z z tablicą i kredą była zbyt skomplikowana, spowiedź ustna – długa i męcząca. Ojciec Kolubryn wołał w głąb studni:
– Niech Pan będzie z tobą–obą–obą–obą!
Chryzostom czekał, aż echo ucichnie i krzyczał na całe gardło:
– I z duchem twoim –oim– oim–oim!
Na co Ojciec Kolubryn:
– Wznieśmy swe serca do Pana–ana–ana–ana!
Wtedy Chryzostom ochrypłym głosem odkrzykiwał:
– Wznieśliśmy swe serca do Pana–ana–ana–ana!
Powtórki owego ceremoniału tak dalece nadwerężyły zarówno gardło, jak i duszę ojca Kolubryna, że do studziennych mszy wprowadził krótkie przerwy na, jak to określił, medytacje, podczas których zwalał się z nóg przy cembrowinie. Podczas tych przerw Chryzostom – na wszelki wypadek przypominając o swojej obecności – od czasu do czasu wykrzykiwał:
– Niech będzie błogosławione imię Pańskie–ańskie–ańskie–ańskie!
W końcu ojciec Kolubryn podzielił się swymi wątpliwościami z opatem Gigasem: nie jest pewien, czy to wszystko nie uwłacza powadze mszy świętej. Po krótkim namyśle opat, biorąc pod uwagę fakt, że koniec końców Chryzostom jest też wyświęconym zakonnikiem, zezwolił, by ów sam dla siebie odprawiał mszę na dole, i sam sobie udzielał komunii. Taką to radosną wiadomość zaniósł Chryzostomowi ojciec Kolubryn. Teraz miał go już tylko spowiadać. I rzeczywiście, sytuacja uległa znacznej poprawie; Chryzostom starannie przygotowywał się do celebrowanych w studni nabożeństw, a kiedy słońce stało już wysoko wołał Hosanna!, w starym ornacie ojca Jodida odprawiał msze, a jeśli uznał się za godnego, przyjmował również komunię świętą. I w tym właśnie sęk! Bo choć prowadził coraz bardziej czyste, coraz bardziej niewinne, zatopione w medytacjach życie, to czuł się coraz większym grzesznikiem. Nierzadko tuż po rozgrzeszeniu domagał się natychmiastowej spowiedzi. Ani ojciec Kolubryn, ani coraz częściej i liczniej  zastępujący go bracia zakonni nie widzieli Chryzostoma, i  nie mogli widzieć w jego oczach tej szczerej, dziecięcej tęsknoty za Nieskalanym i Doskonałym; nie widzieli jego twarzy błyszczącej lunatycznym światłem w wilgotnym półmroku, jego czoła pokrytego skapującymi z cembrowiny kroplami wody; nie mogli współczuć z nadzieją Chryzostoma, jego wiarą, namiętnością, czystością, całym sensem jego bytu, jego cierpieniem, męką, szczęściem koncentrującym się na lśniącym w górze krążku nieba – skąd oczekiwał ostatecznego wybaczenia! Ile z tego wszystkiego widzieli bracia zakonni? Widzieli jedynie, że bez względu na to, co wyciągną: wystygłe cegły, resztki kolacji, łachmany, nieczystości, zawsze obok będzie tkwiła tabliczka: „Chciałbym się wyspowiadać!”. Ale z czego on zaczął się spowiadać! Zrazu dręczył się, że mu smakowało jedzenie, a nawet, że czuł się szczęśliwy po przyjęciu komunii. Potem wyznał, że chyba jest świętym! Ojciec Cholesteryn dochowywał tajemnicy spowiedzi, ale w rozmowach z opatem Gigasem nie szczędził aluzji co do tego, że sprawy Chryzostoma nie idą w najlepszym kierunku, toteż kilkrotnie sam opat spowiadał Chryzostoma, ten zaś bardziej szczegółowo niż zazwyczaj wyznawał mu swoje grzechy. Po dłuższym okresie spokoju Chryzostom znów stał się główną postacią klasztornych plotek, stałym tematem rozmów przy kolacji. W końcu ojcowie zakonni doszli do wniosku, że to grzeszne i niebezpieczne skazywać pobożną duszę nieszczęsnego brata na tak wielką bezczynność.
– Rzecz w tym, że Chryzostom się nudzi, nie ma nic do roboty. Dajmy mu jakieś zadanie – zaproponował ojciec Nimbus.
Opat Gigas w pełni się z nim zgodził. Pozostało tylko pytanie, jaką pracę można powierzyć komuś o drżącym ciele pokrytym krostami i wrzodami, komuś, kto chory i być może już półoszalały od ponad trzech lat siedzi skulony na dnie ciemnej, wilgotnej i zimnej studni, dwadzieścia cztery metry pod ziemią. Do litanii podczas niedzielnej sumy ponownie włączono osobę Chryzostoma, a opat Gigas wstydził się przyznać wprost, że choć wspierany przez zakonną starszyznę, nie potrafił wymyślić dlań jakiegoś godnego zajęcia.
– Modlę się, aby Pan oświecił któregoś z nas, co przedsięwziąć z pożytkiem dla naszego chorego brata. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, amen – zakończył mszę opat Gigas.
Niedługo potem Chryzostom dostał długi list od opata, należycie opatrzony pieczęcią. W liście było, co następuje:
 
Bracie Chryzostomie!
Wraz z braćmi długo głowiliśmy się nad tym, jaki może być cel prób, na które zostałeś wystawiony. Bo tego, że Pan zrządził tak w sobie tylko wiadomym celu, jesteśmy pewni. Dalej muszę Ci wyznać, że my sami też nie jesteśmy bez winy. Wcześniej powinniśmy się byli zastanowić, co dobry Bóg chce nam przez to przekazać.
Postaram się streszczać.
Oprócz pracy i modlitwy do naszych świętych obowiązków należą rozmyślania na temat Boga i stworzonego przezeń świata. Sądzę, że zarządzając ziemskimi sprawami klasztoru,  trochę o tym zapomnieliśmy. Może właśnie po to Pan nam Cię zesłał, a Ciebie postawił w takiej sytuacji, abyś pomógł naprawić to, co myśmy zaniedbali. Nikt inny nie ma tylu sposobności do pobożnych rozmyślań. Moglibyśmy również powiedzieć, że przysłano Cię tutaj do naprawienia zaniedbań całego klasztoru. Zatem pomóż nam! Proszę Cię o to nie tylko w swoim imieniu, ale i wszystkich braci zakonnych, co więcej, całego Kościoła. Jak wiesz, prowadzimy wykłady i rekolekcje, głównie dla nowicjuszy i diakonów. Chciałbym, abyś podzielił się z nami swoją mądrością nabytą podczas trwających od dawna medytacji i modlitw, podczas czuwania, a także wszelką refleksją, abyśmy mogli wyciągnąć z nich naukę: i starsi, i młodsi. Mógłbyś analizować pisma teologiczne, przedstawiać je i objaśniać swe tezy związane z dogmatami. Przemyśl to, proszę, i odpowiedz.
           
                                                                                   Opat Gigas
Laudetur Jesus Christus!
 
W pełnej entuzjazmu odpowiedzi na ten list, Chryzostom wziął na siebie cieżar pokuty za cały klasztor, jak również obowiązek powrotu do zaniechanych medytacji, tak więc wkrótce spuszczono mu na dół zapas papieru, atramentu i do tego liczne księgi. Wprawdzie upłynęło jeszcze kilka tygodni, zanim uśmierzył się jego głód spowiedzi, ale bez wątpienia cel został osiągnięty i od tego czasu Chryzostom nie czuł się już największym grzesznikiem. Chyba po raz pierwszy w życiu był szczęśliwy. Każdego ranka kościelny wołał w głąb studni: Już świta! Dwa razy dziennie nowicjusze spuszczali na dół gorące cegły, rutynowo przynosili i zabierali odzienie, nieczystości, w pierwszą niedzielę każdego miesiąca posyłali na dół w olbrzymim tyglu miesięczną porcję maści na rany, sporządzonej przez ojca Wrotycza. Sprawy przebiegały tak gładko i rutynowo, że o Chryzostomie właściwie zapomniano. Wiadomo było oczywiście, że gorące cegły, jedzenie i picie, w coraz większej ilości ubywające wino mszalne, papier, mnóstwo świec, olej do lampy, księgi, odzież, woda święcona czy maść – są przeznaczone dla brata zakonnego, ale wszystko to przypominało rytuał składania ofiary wedle jakiegoś pogańskiego obrzędu.
Ojciec Gigas przejrzał pierwsze materiały napisane przez Chryzostoma i uznał, że ich głębia teologiczna jest żadna, a język prymitywny, lecz nie miał serca studzić zapału chorego zakonnika, zwłaszcza że cel został osiągnięty. Chryzostom – na pozór – wiódł żywot bardziej zrównoważony i coraz mniej przysparzał kłopotów, a po kilku miesiącach wręcz zagustował w pisaniu. Cokolwiek odsyłał na górę: brudną bieliznę, wiadro, tygiel do maści, pusty bukłak na wino – zawsze obok tkwiły starannie zwinięte, jego najnowsze dzieła. Których nikt nie czytał. Mimo to ich palenie opat Gigas uważał za grzech; w końcu to on zachęcił Chryzostoma do pisania. Kazał więc papiery zasypywać wapnem i składać do wędzarni. W specjalnie zrobionej przegrodzie nie groziło im zabrudzenie sadzą, jedynie trochę zalatywały dymem.
W pewien słoneczny, wiosenny dzień, trochę niedomagającego, lecz wciąż chętnego do posług ojca Kolubryna, opadły wątpliwości. Akurat wyciągał wiadro Chryzostoma, gdy skojarzył ów pogodny i piękny dzień z innym, równie pogodnym i pięknym, w którym Chryzostom trafił do studni. W głowie ojca Kolubryna zaświtała myśl, że od dawna nie słyszał spowiedzi Chryzostoma. Zaczęło go nawet nurtować pytanie, dlaczego młodzi zakonnicy rywalizują ze sobą o możliwość spowiadania brata Chryzostoma. Wkrótce znalazł odpowiedź: Chryzostom od niepamiętnych czasów już się nie spowiadał, toteż dla nowicjuszy czas przeznaczony na słuchanie jego spowiedzi stał się czasem gwarantowanego odpoczynku; przeważnie nawet nie podchodzili do studni. Gdy już przejrzał na wylot ich wybiegi, pospieszył do opata Gigasa. Z jednej strony zwrócił mu uwagę na karygodne postępowanie nowo obłóczonych zakonników, z drugiej zaś wypytywał, co się dzieje z bratem Chryzostomem? Opat Gigas podziękował ojcu Kolubrynowi za czujność i zawstydził się, że on, przełożony klasztoru, niczego nie zauważył.
Następnego dnia po obiedzie opat Gigas podszedł z ojcem Kolubrynem do studni. Opat Gigas zawołał w dół:
–        Chryzostomie! Słyszysz mnie?
Ale odpowiedzi nie było.
–        Chryzostomie! Hej tam! Hej–hej–hej!
Wreszcie zakonnik zakrzyknął:
–        Ojciec opat?
– Bracie–acie–acie–acie! Kiedy spowiadałeś się ostatnio–atnio–atnio–atnio?
Po długiej przerwie, podczas której ojciec Kolubryn i opat Gigas patrzyli po sobie znacząco, nadeszła odpowiedź:
–        Nie wiem–em–em–em!
Wieczorem Chryzostom znów dostał list od opata, tym razem z pytaniem, dlaczego poniechał żalu za grzechy, który powinien być równie ważną częścią jego życia na dole co medytacje, zestawienie synoptyczne Ewangelii, egzegeza Pisma Świętego czy szukanie dowodów na istnienie Boga. A może nie masz już żadnych grzechów na sumieniu? – pytał cokolwiek ironicznie opat. Chryzostom nie mógł zrozumieć, skąd nagle taki list, on przecież codziennie pisze, śle na górę swoje rękopisy, wśród nich także dotyczące spowiedzi. Co prawda o tym pisał dość dawno, widać opat zapomniał. Ale skoro tego chcą, może się znowu spowiadać.
Po jakimś czasie  opat znów pojawił się przy studni:
–        Chryzostomie!  Hej–ej–ej–ej!
–        Proszę–oszę–oszę–oszę!
–        Nie chcesz się wyspowiadać–adać–adać–adać?
–        Ależ tak–ak–ak–ak!
Opat zawiesił koszyk na łańcuchu i spuścił go na dół.
–        Przyślij mi swoje grzechy–echy–echy–echy!
Ledwie kosz znalazł się na dole, a już drgnienie łańcucha oznajmiło, że można wyciągać grzechy Chryzostoma. Opat Gigas ze zdumieniem przeczytał: Trapi mnie tylko jedno sprawa. Że niczego nie żałuję.
Opat nie wierzył własnym oczom. Przeczytał raz jeszcze, ale nie znalazł w tych zdaniach żadnej dwuznaczności. Zajrzał do studni, jak gdyby chciał się upewnić, czy to aby na pewno nabazgrał Chryzostom? Ale któżby inny? Odpisał mu następująco: Dobrze wiesz, że nie mogę dać ci rozgrzeszenia. Wahał się jeszcze nieco, a następnie, zmiąwszy papier w kulkę, wrzucił go do studni. Pochylił się nad nią i nasłuchiwał. Po długim oczekiwaniu z głębi dobiegł go głośny krzyk:
–        Wiem – em – em – em!
Po tym gorszącym incydencie opat Gigas, zażenowany i wściekły zarazem, targany sprzecznymi uczuciami biegał w tę i z powrotem, aż przy drzwiach biblioteki natknął się na ojca Kolubryna.
–        Gdzie są ostatnie pisma Chryzostoma?
Przestraszony ojciec Kolubryn wymamrotał:
–        Dałem je ojcu Inwalidowi.
Opat przemknął przez bibliotekę, korytarz wiodący do bazyliki, główną nawę, przez krużganek z powrotem do klasztoru i bez pukania wpadł do celi ojca Inwalida, który zerwał się z klęczek przy ołtarzyku.
–        Gdzie są pisma Chryzostoma?
– Brat Tyfus ma zwyczaj składać je w zakrystii – wybełkotał przestraszony ojciec Inwalid.
Teraz opat przebył tę samą trasę w odwrotnym kierunku: przebiegł przez klasztor, krużganek, naprędce przyklękając przed ołtarzem, przemknął przez bazylikę, skąd jak burza wbiegł do zakrystii, gdzie kościelny składał właśnie świeżo wyprane obrusy ołtarzowe. Opat naskoczył na niego:
–        Gdzie są pisma Chryzostoma?
–        Zazwyczaj tutaj, pod puszką na hostie.
Opat Gigas rzucił się na poszukiwanie pośród mszałów, brewiarzy, nut i kolekt mszalnych, ale niczego nie znalazł. Spojrzał pytająco na kościelnego, na co ten bezradnie rozłożył ramiona:
– Jak się ich dużo uzbiera, wynoszą do wędzarni.
Wrócił zatem do bazyliki, pospiesznie przyklękając, przemknął przed ołtarzem i wejściem do dolnej kaplicy i z drugiej strony nawy bocznej wybiegł na korytarz, stamtąd do biblioteki. Z powiewającym szkaplerzem przegalopował obok zdumionego ojca Kolubryna. Wbiegł na oświetloną przez słońce basztę, zbiegł po wytartych schodkach, przebiegł pod wielkimi, cienistymi klonami wzdłuż drogi wokół zamku, a stamtąd prosto do tuczarni, gdzie dotarł wreszcie do celu, czyli do wędzarni. W środku wisiały tylko szynki i kiełbasy z trzech świń, przez szpary w drzwiach ulatywał dym. Opat zapytał o ojca Cholesteryna parobka zamiatającego podwórze, a  ten wskazał na tyły tuczarni:
–        Tam poszedł dopiero co.
Opat, podciągnąwszy sutannę, przeskakiwał przez kałuże krwi i w wychodku za tuczarnią znalazł ojca Cholesteryna. Zapukał:
–        Cholesterynie! Jesteś tam?
–        Jestem – stęknął ojciec Cholesteryn.
–  Pospiesz się! – rozkazał opat Gigas i gdy jego druh zakonny wyszedł wreszcie z ociąganiem, spytał go:
–        Jak mogę wyciągnąć notatki Chryzostoma z wędzarni?
Ojciec Cholesteryn ze zwykłym spokojem zaczął odpowiadać:
–        No wtedy, kiedy szynki i kiełbasy…
–        Teraz! Natychmiast! Jak możemy je teraz wyciągnąć?
–  Wyślę po nie parobka – rzekł ojciec Cholesteryn, a potem wytłumaczył chłopakowi, czego i gdzie ma szukać, obwiązał mu twarz chustką i wepchnął do środka; ten po kilku chwilach, krztusząc się i zataczając, wyłonił się z dymu.  Opat Gigas wyrwał mu z rąk plik papierów i już miał już ruszyć z powrotem, gdy parobek powiedział:
–        Jeszcze dużo zostało.
–        Wynieś wszystkie!
Po czwartej rundzie ojciec Cholesteryn znalazł jakieś taczki. Kiedy skończyli, kazał zajechać taczkami przed klasztor, wezwał zmierzającego do hospody ojca Wrotycza i wnieśli cały ładunek do celi opata.
Wieczorną mszę miał odprawiać właśnie opat Gigas, ale się spóźniał. Ojciec Jodid poszedł na górę sprawdzić, czy aby nic mu się nie stało. Opat siedział przy stole, studiując stertę okopconych rękopisów i rzekł tylko tyle:
–        Odpraw za mnie mszę.
Zaskoczony ojciec Jodid opuścił celę przełożonego, który nazajutrz wprawdzie pojawił się na nieszporach, lecz w połowie nieoczekiwanie wyszedł, a podczas obiadu zdrzemnął się. Działo się tak przez dobrych parę tygodni. Opat z rzadka odprawiał msze, był blady, niewyspany i milczący. Jeśli o coś pytał, to jakby mimochodem, i tylko:
– Co u Chryzostoma?
Pewnego razu indagował nowicjuszy, czy przeczytali pisma Chryzostoma. Po kilku tygodniach zabronił i im, i diakonom chodzenia na krużganek; nawet kościelnemu zakazał pokrzykiwać w głąb studni. Zmartwieni bracia zastanawiali się, czy nie ostrzec arcybiskupa, że coś niedobrego dzieje się z opatem Gigasem.
Powodem opatowej konfuzji była zasadnicza różnica między treścią wyciągniętych z wędzarni najnowszych dzieł Chryzostoma, a wczesnymi przejawami jego pobożności. Co więcej, jedne wobec drugich stały w tak skrajnej sprzeczności, że opat Gigas całkiem poważnie jął podejrzewać, że to już nie Chryzostom jest tam na dole. Większość prac została napisana bezbłędnym, potoczystym stylem, łaciną, której niczego nie można było zarzucić, i  opatrzona starannymi przypisami. Tych pism nie powstydziłby się nawet najlepiej wykształcony teolog. Jednocześnie każde z nich prezentowało oburzający tok myślenia. Opat nie mógł zrozumieć: jak od pietyzmu można było dojść do okultyzmu, spirytyzmu, telekinezy! Jak można było nadać taki tytuł: SCHOLASTYKA W OPAŁACH? Same herezje, a nawet bluźnierstwa! Rękopisy z ostatnich dwóch lat nie odnosiły się już do spraw kościelnych. Do różnych ludzi i zdarzeń, lecz nie do braci zakonnych czy życia w klasztorze, o którym Chryzostom już od dawna nic nie mógł wiedzieć. To już lepiej znał życie pozaklasztorne, ale i to nie za bardzo. Bo bez względu na to, jak żył Chryzostom, zanim wstąpił do klasztoru, trudno uwierzyć, że jego przyjaciele potrafili latać! Wszelako w pismach Chryzostoma występowali fruwający ludzie, kobiety o czterech piersiach, karły, mówiące mumie, śpiewające psy, kopulujące z ludźmi łabędzie, wozy pędzące bez woźnicy, żaby pływające na niebie, gadające pijawki, zbuntowane glisty, wędrujące drzewa i Bóg jeden wie, jakie jeszcze potworności. Chryzostoma zapewne czekał stos. Opat nie wiedział, u kogo szukać pomocy. Czy wezwać egzorcystę, czy inkwizytora? W końcu powierzył bratu Fikusowi krótki list i pieczętując tym samym los Chryzostoma, wysłał go z nim do jezuitów.
W tym czasie Chryzostom, jeśli akurat nie pisał, stale obserwował cembrowinę studni w oczekiwaniu na wróble. Jedynie one siadały na studni, nie słyszał już żadnych głosów poza ćwierkaniem wróbli. Szum drzew, postukiwanie  kropli deszczu, ciurkanie wody w rynnach  podczas wiosnennych roztopów – były już tylko wspomnieniem. Teraz Chryzostoma prowadził bujne życie towarzyskie. Rozmawiał, dyskutował i urządzał pijatyki z wieloma ludźmi, ale obecnymi tylko w jego wyobraźni. Stan ducha Chryzostoma nieco się jednak pogorszył, kiedy opat Gigas zakazał mu posyłać mszalne wino, którego ubywało w nadmiernych ilościach. Obawy opata potwierdziły się: Chryzostom przyjął tę sankcję bez słowa. Teraz już opat Gigas miał pewność, że zakonnik od dawna nie używa wina do mszy, bo ich nie odprawia, lecz pije – coraz więcej –  dla własnej przyjemności. Trzech inkwizytorów było już w drodze, gdy do studni trafił dużo większy niż zazwyczaj kosz, a w nim, ile się tylko zmieściło, szynki, wina i owoców, chleba, odzieży, oleju do lampy, a także krótki list:
 
Chodzą słuchy, że nadciągają Szwedzi! Rabują. Nie wiadomo, co będzie. To takie żelazne zapasy na wszelki wypadek, żebyś nie umarł z głodu. W nocy bądź czujny. Spuszczę Ci jeszcze kilka rzeczy. Gdyby działo się coś złego, spróbuj się schować. Gdyby zaś coś niedobrego nam się przydarzyło, postaraj się  wydostać na górę za pomocą sznura, który Ci posłaliśmy, i uchwytów w ścianach studni.
 
Laudetur!
Ojciec Kolubryn
 
 
W nocy – jak obiecał ojciec Kolubryn – nadeszło jeszcze pięć koszy różnych rzeczy, a wśród nich rękopisy Chryzostoma. Opat zajęty był już obroną klasztoru. Jeszcze tej nocy Chryzostom najadł się do syta i upił. Myślał: Jeśli coś ma się wydarzyć, nie wydarzy się dzisiaj. Mylił się jednak. Ledwie się rozwidniło, z góry dobiegły go odgłosy zażartej walki: lament mnichów, wrzaski Szwedów, stukot końskich kopyt na granitowych płytach krużganku. Wiedział, że go nie zauważą, jednak wolał schować wszystkie dobra we wnęce studni, żeby nie spłonęły, jeśli napastnikom przyjdzie do głowy wrzucić do środka pochodnię. Chryzostom rozpłaszczył się przy ścianie, od czasu do czasu spoglądając w górę – a nuż coś zobaczy. Planował już sobie, jak się stąd wygramoli, i pogrążony w marzeniach, co będzie robił na górze, nagle usłyszał obok głuchy łoskot. Zadarł głowę, aby się upewnić, że nikt nie stoi przy cembrowinie, potem zapalił lampę i oświetlił nią dno studni. Leżał tam trup ojca Jodida.
Z tą chwilą nastąpił nieoczekiwany zwrot w życiu Chryzostoma. Po latach spędzonych w studni przywykł już do tego, że nie wraca do zdrowia, że jego stan stopniowo się pogarsza. Minął też wstręt do samego siebie, który odczuwał początkowo. Za coś naturalnego przyjął utratę lewej stopy, której nie wysłał na górę, trzymał ją – właściwie już same kości – w przeciwległej wnęce. Przywykł do pisania lewą ręką, bo na prawej wylazły mu spod skóry kości nadgarstka. Nie czuł już smrodu własnego ciała, nie dokuczała mu sącząca się bez ustanku ropa. Po pewnym czasie przestał też odczuwać, że się różni od innych braci, co kiedyś tak bardzo mu doskwierało. Ale teraz, kiedy w chwiejnym świetle olejowej lampy spojrzał na ciało zrzuconego z góry ojca Jodida, osłupiał. Jakiż on był piękny, nawet w takim stanie, połamany, z poderżniętym gardłem! Biała skóra, zdrowe dłonie, krótkie i jedwabiste włosy, jasne czoło, silne uda, mocno sklepiona klatka piersiowa, z której teraz wystawała złamana włócznia. Chryzostom nie mógł oderwać oczu od tego widoku. Patrzył na długie, delikatne palce ojca Jodida, na lekko błyszczący pomiędzy nimi różaniec, to znów na swoją rękę, w której trzymał lampę. Na rękę? Chyba raczej ohydny kikut, który po jednej stronie już prawie usechł, po drugiej ociekał cuchnącą ropą. Chryzostom jeszcze nie pojął, że jest już na wpół żywym, rozkładającym się trupem, kiedy po ojcu Jodidzie, jeden za drugim, przybyli ojciec Cholesteryn i opat Gigas. Znów ujrzał twarz opata Gigasa, która pozostała nienaruszona dzięki temu, że upadł na miękkie, otyłe ciało przybyłego wcześniej ojca Cholesteryna i podczas lotu szczęśliwie uniknął kontaktu ze ścianami studni. Opat Gigas nawet teraz miał na twarzy ten wyniosły, lecz wybaczający, pełen zdziwienia i ciekawości wyraz, jak wtedy, gdy słuchał wyznania o kradzieży lawendy w herbarium. Chryzostom znów widział przed sobą klasyczny profil pięknego, wspaniałego człowieka, mądrego zakonnika i dyplomaty.
I teraz rozkładowi zaczęła ulegać również, z takim trudem zbudowana, tożsamość Chryzostoma. Jak gdyby i jego strącono w otchłań.  Następnie na dół spadło ciało ojca Kolubryna, po chwili dały się słyszeć rozpaczliwe krzyki, i na pierś opata Gigasa runął jakiś nieznany Chryzostomowi młody nowicjusz, składając na niej, jak gdyby w poszukiwaniu schronienia, swą jasną głowę. Kiedy masakra dobiegła końca i ciała zakonników niemal wypełniły dno studni, zamieszkanej od szesnastu lat przez brata Chryzostoma, stało się dlań jasne, że nie ma sensu wychodzić na górę. Bo i tam nie dostąpi przebaczenia za swe ohydne grzechy, za odstępstwo od wiary i bezbożną egzystencję, zatem żadnych już maści, żadnego balsamu, krzyżma czy innej mikstury. Tak więc – wypiwszy przedtem mszalne wino – wgramolił się na ciała braci zakonnych i ułożył na plecach. Od brzasku aż do południa leżał bez ruchu, nawet okiem nie mrugnął. Patrzył na okrągłą, coraz jaśniejszą plamę, która była dla niego niebem. Światem i Bogiem.
Około południa nad studnią pojawiło się słońce. Chryzostom miał wrażenie, że widzi jej zakrwawioną krawędź i wiszące na niej strzępy – chyba pocięte habity. Pod cembrowiną majaczyły odległe wachlarze rosnących po bokach studni paproci. Wtedy słońce jeszcze bardziej pochyliło się nad studnią i docierając do jej środka, oświetliło ją aż po samo dno. Przez szesnaście lat promienie słoneczne nie dochodziły do Chryzostoma. Teraz ściany studni zapłonęły od góry do dołu pomarańczową poświatą  jak jakaś żywa, gigantyczna gardziel. Chryzostom widział, jak spływają po niej strużki wody; widział, jak nad najwyższym kręgiem unoszą się lśniące jak masa perłowa opary, nie mógł się też nadziwić, że słońce nagle zastyga w bezruchu. Studnia nagrzewa się, słońce opuszcza jej krawędź i wyrusza w dół, ostrożnie, po cichutku, z ledwie słyszalnym szelestem wnika w głąb, jak gdyby jakaś troskliwa dłoń spuszczała na ciesielskim sznurze ogromną hostię, a trwa to tak długo, aż Chryzostom spostrzega, że nie ma go już w studni, choć jeszcze nie wie, dokąd trafił tak cudownym sposobem, z pomocą zachodzącego słońca.

 

CENTAURI KÚT

 

film krótkometrażowy tu

One Comment:

  1. Hey! This post could not be written any better! Reading through this post reminds me of my previous room mate! He always kept talking about this. I will forward this page to him. Pretty sure he will have a good read. Thanks for sharing!

MINDEN VÉLEMÉNY SZÁMÍT!

Az email címet nem tesszük közzé. A kötelező mezőket * karakterrel jelöljük.

A következő HTML tag-ek és tulajdonságok használata engedélyezett: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>