Pływająca wyspa

przełożyła Ewa Ambroziewicz

Centauri LiteraturaSelma Bird, pracownik naukowy katedry literatury, autorka biografii Jacka Londona, starała się odwieść swego starszego brata od ryzykownej podróży, choć w głębi serca cieszyła się z tego pomysłu. Zawsze pragnęła mieć brata z żyłką awanturnika, który wybiera się za koło podbiegunowe, bo skądinąd z tym nieżonatym biznesmenem nigdy nie było żadnych problemów.
– Choć raz w życiu muszę przeżyć jakąś przygodę – przekonywał siostrę Bird junior, a kiedy obładowany żywnością, odzieżą, bronią i amunicją, w czerwonym anoraku, saniami z psim zaprzęgiem dotarł do Morza Beauforta i Zatoki Amundsena, pomyślał: „Teraz Selma może być ze mnie dumna”. I rzeczywiście był to nie lada wyczyn jak na wolnego od jakichkolwiek pasji, zgnuśniałego maklera giełdowego, który podjął się tej podróży wyłącznie dla zasady, bo żaden inny cel mu nie przyświecał. Selma prosiła tylko o jedno:
– Opowiedz potem, jak było na tym pustkowiu.
Bird junior starannie szykował się do wyprawy: nauczył się strzelać, jeździć na nartach w Górach Skalistych, zdał egzamin myśliwski, przeszedł szkolenie kartograficzne w zakresie podstawowym, w Alpach Julijskich zaliczył dwa kursy wspinaczki górskiej dla średniozaawansowanych, a w Portland został członkiem wspierającym klubu sportowego psich zaprzęgów. Przeznaczył znaczną sumę na przygotowania i ekwipunek; na kamery, żeby móc dla Selmy filmować całą trasę, na dyktafony, na baterie, akumulatory, na urządzenia – domową bieżnię i rower stacjonarny – niezbędne do treningu, a w końcu na helikopter, który z Dawson wraz z psami i bagażem miał go przewieźć na to pustkowie.
Wydawanie pieniędzy na takie przedsięwzięcie było dla Birda nowym i miłym przeżyciem. Wcześniej, chociaż nieźle zarabiał i otrzymywał też wysoką prowizję dzięki mądrze zarządzanemu portfolio, tak naprawdę nic go nie cieszyło. Nie trzymał w domu zięby, nie miał rybek ani psa, nie afiszował się bogactwem i nie szastał pieniędzmi, dwa razy w roku wyjeżdżał odpocząć, raz na Kubę, raz do Meksyku, jeździł służbowym samochodem, jego garnitury i rachunki opłacali inwestorzy, jeśli jadł kolację, to prawie zawsze podczas oficjalnych przyjęć na stojąco, tak więc sporo mu zostawało – praca i otrzymywane za nią pieniądze czasem wydawały mu się wręcz zbędne. Kiedy na jego konto wpływała jakaś pokaźna suma, przeznaczał ją bądź na powiększanie swego portfela giełdowego, bądź przelewał ją Selmie, żeby mogła wydać kolejną książkę, żeby coś sobie kupiła,  wsparła finansowo zdolnych studentów albo schronisko dla zwierząt. W końcu uznał, że to żałosne: „Tylko na tyle mnie stać. Daję pieniądze lepszym ode mnie”. Ale kiedy bez większych kłopotów dotarł do Morza Beauforta, w dodatku bez żadnego towarzysza, samotny jak zabłąkany poszukiwacz złota czy łowca wielorybów z rozbitego statku, pomyślał, że nie jest gorszy od innych. Włączył dyktafon i uniósł go do ust:
„Droga Selmo, trudno w to uwierzyć, ale stoję na brzegu Morza Beauforta, ponad pięć tysięcy mil od swojego biura. Szkoda, że nie mogłaś tu ze mną przyjechać. Powinnaś to zobaczyć! Kiedyś cię tutaj przywiozę, a jeśli nie będzie innej możliwości, opłacę ci taką podróż, całkiem bezpieczną, raptem parę dni, ale przynajmniej to zobaczysz, chociaż myślę, że co innego dotrzeć tutaj saniami z psim zaprzęgiem, co innego wynajętym hydroplanem. Co innego stać tutaj samotnie, co innego we dwoje… Opowiem ci, co widzę. Później także sfilmuję. Duża część linii brzegowej jest pozbawiona śniegu. Wszędzie sterczą w górę potężne obłe skały, mam przed sobą wodę, a nie lodowiec, jest o wiele cieplej, niż się spodziewałem, ziemia nie zamarzła, mimo to na powierzchni morza unoszą się potężne kry lodowe. Na lewo ode mnie, a więc na wschód aż do zatoki ciągnie się szelf lodowy. Nie wiem, co jest pod nim, półwysep czy już morze… Żałuję, że to koniec podróży, mimo to spędzę tu jeszcze kilka dni. Spróbuję pójść w głąb, bliżej wody, a potem zawrócę. Mam nadzieję, że śnieg jeszcze poleży i mróz nie zelżeje, bo inaczej utkniemy tu i w końcu, o wstydzie, z powrotem zabierze mnie helikopter. Do zimna już przywykłem. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby się jeszcze ochłodziło. Na razie to tyle”.
Studiując mapę oraz określając współrzędne za pomocą GPS-u, starał się odgadnąć, czy ta sięgająca w morze, pokryta lodem część jest półwyspem, czy też długim i szerokim jęzorem lodowca. Ale niewiele mu to dało. Czuł natomiast, że radość z przybycia do celu będzie pełna dopiero wtedy, gdy dotrze do samej wody Morza Beauforta. Stromy brzeg nie był do tego odpowiedni, ponieważ w zaskakującym tutaj cieple, ziemia rozmarzła i kiedy Bird spróbował podejść bliżej, ugrzązł w błocie. Tak więc, po chwili zastanowienia, ruszył na wschód, zatrzymał się przy szelfie, spakował kilka niezbędnych przedmiotów – lornetkę, dyktafon, kamerę – i porzuciwszy sanie, ruszył w głąb lądu. Woda była o wiele dalej, niż się mogło wydawać z brzegu, ale przynajmniej lód wyglądał na stabilny. Bird jednak miał się na baczności i po trwających ponad godzinę ostrożnych próbach dotarł na skraj szelfu, na ostatnich metrach zwracając uwagę na każdą szczelinę; uznał, że są to ślady starych pęknięć, które już zamarzły na głębokość kilku centymetrów. Okazało się jednak, że nie umyje w morzu swoich naczyń, ponieważ krawędź uskoku była wysoka na pięć stóp; mimo to był zadowolony. Jeśli zachowa ostrożność, będzie mógł opuścić nogi nad wodę i zrobić kilka zdjęć, jak siedzi na końcu świata. W drodze powrotnej, idąc po własnych śladach w wilgotnym śniegu, posuwał się nieco szybciej, potem saniami pojechał na szelf, do tego samego punktu, do którego dotarł poprzednio. Ustawił statyw, włączył kamerę i sfilmował dla Selmy scenę rozbijania obozu. Było spokojnie, przyjaźnie pluskała woda, Bird przymknął oczy, na kilka chwil zamajaczyły przed nim kubańskie plaże, gorący i lśniący meksykański piasek, słyszał głośny śmiech kąpiących się ludzi, pokrzykiwania Latynosów, trzepoczące na silnym, południowym wietrze parasole od słońca, lecz kiedy otworzył oczy, ujrzał tylko kilka krążących nad nim różowych mew.
Kuchenkę turystyczną, maszynkę spirytusową i zastępujący kuchenną ścianę wiatrochron ustawił przy uskoku terenu, żeby pijąc swoją pierwszą kawę u bram koła podbiegunowego, mieć widok na płynące w pobliżu tafle lodu i marszczące się srebrzyście morze w kolorze indygo. Sanie i psy zostawił nieco dalej, w głębi. Zagotował wodę, kilka razy pomachał ręką przed kamerą, rzucił kilka kawałków chleba mewie, która wylądowała w pobliżu, przygotował sobie posłanie, zaniósł tam najpotrzebniejsze rzeczy, z mocno poobijanej w czasie podróży menażki zjadł zupę błyskawiczną, odłożył kamerę i położył się.
Zasypiał późnym wieczorem, kiedy słońce schowało się  za  sylwetkami odległych zamków lodowych, ze świadomością, że to koniec podróży, koniec przygody, ale prawda była zupełnie inna: to, co uważał za taśmę na mecie, sześć godzin później stało się miejscem startu. Potężny huk zakłócił ciszę Zatoki Franklina, a lód nad szelfem pękł na całej długości. Odrywający się, ogromny, długi na co najmniej trzysta stóp blok lodu w kształcie szabli dość wolno, ze względu na swą masę, za to z potwornym trzaskiem zsunął się do morza niczym okręt wojenny z doku. Bird zerwał się, ale widząc pęknięcie lodu dosłownie na wyciągnięcie ręki, znów rzucił się na brzuch. Po kilku sekundach uświadomił sobie, że większość jego ekwipunku została po tamtej stronie, więc znowu się poderwał; psy wyły, dziko szarpiąc postronki, ze szczeliny dobiegał grzmot, Bird zaczął przerzucać rzeczy z posłania, chwytał właśnie plecak, gdy potężna szabla przechyliła się i zaczęła rozpędzać, a pęknięcie w kilka chwil powiększyło się na tyle, że nie sposób było przez nie przeskoczyć. Lodowa bryła powoli, lecz niepowstrzymanie wypływała  na Morze Beauforta, podczas gdy zrozpaczony Bird biegał w tę i we w tę, jakby szykował się do skoku, lecz nie miał na to odwagi. Nic lepiej nie oddaje jego bezradności niż słowa, które w trakcie swej bieganiny cały czas maniacko powtarzał: „Nie do wiary! Nie do wiary!”
Zawsze to lepiej przepłynąć w zimnej wodzie i przenieść rzeczy na raty, niż tkwić tutaj, pomyślał, skądinąd słusznie, ale kra lodowa była zbyt gruba i nie mógł sobie wyobrazić, jak się na nią wdrapie; natomiast wolny od lodu brzeg znalazł się zbyt daleko, o trzy mile. Potem pomyślał, że tak szybkie odpłynięcie kry od brzegu spowodowała siła bezwładności, która po pewnym czasie osłabnie, a może nawet przestanie działać. Ponieważ wiatr wiał od strony Wyspy Banksa, czyli w kierunku brzegu, łudził się, że zatrzyma lodową platformę, ewentualnie ją zawróci i ląd znowu znajdzie się w dostępnej odległości. Nie wziął jednak pod uwagę, że wiatr, który wydawał się  sprzyjać takiemu rozwojowi wypadków i w dodatku wzmagał się – pędził w kierunku lądu jedynie górne warstwy wody, te zaś po w zderzeniu z brzegiem zanurzały się i niczym potężny głębinowy prąd zawracały ku otwartemu morzu, a przecież większa część lodowej bryły porusza się właśnie w dolnej warstwie; to tak, jakby statek płynął z żaglem rozpiętym pod wodą, w rezultacie zmagań obu prądów zawsze zwycięsko wyjdzie ten dolny. Tak czy owak, nawet gdyby wiatr zmienił kierunek i powiał z południa, wtedy też (jako że nie ma brzegu, który spowodowałby cofnięcie wody) znaczenie będzie miała jedynie jego siła, a wyspa i tak oddali się od brzegu – podobnie jak od brata Selmy choćby cień szansy.
Jego rozpacz zmieniła się w panikę, gdy zorientował się, że również radio zostało po tamtej stronie. Bird zrobił szybki bilans. Trzeba być gotowym nawet na najgorsze, powiedział mu to ktoś w klubie psich zaprzęgów w Portland, dlatego pomyślał, bardzo słusznie, że kierunek posuwania się kry może się nigdy nie zmienić, a ponieważ rzeczy, które zostały po drugiej stronie, przede wszystkim radio, skuteczniej pomogą mu wrócić do domu niż te, które ma przy sobie, postanowił popłynąć po nie. Rozebrał się więc i ostrożnie podszedł na skraj lodu, przemył twarz, ochlapał tył głowy, ale gdy chciał powoli zanurzyć się w wodzie, poślizgnął się, stracił równowagę i wpadł do morza; poczuł, jak serce zamienia mu się w kamień. Raz po raz chwytał powietrze, starał się trzymać głowę nad falami, mimo to zaczął tonąć; zimny, niczym wyciosany z lodu sztylet już w pierwszej chwili wdarł się między jego żebra i mroźny skurcz, jakby jego mięśnie wypełnił ołów, wciągał go pod wodę, w kierunku ciemnego dna. Kiedy w końcu wydostał się na powierzchnię, lodowa krawędź wydawała się już całkiem nieosiągalna. Znów przemknęło mu przez myśl: a jeśli nie będzie mógł się wydostać? Ta prosta myśl wywołała kolejny atak paniki; bez namysłu zawrócił w stronę pływającej wyspy, wprawdzie ją też zrazu uznał za zbyt wysoką, lecz po karkołomnych zmaganiach udało mu się jednak wdrapać na nią z powrotem. Na kilka chwil wyciągnął się na śniegu, potem szybko się wytarł ręcznikiem, włożył ubranie, trochę poskakał, pobiegał, by w końcu załamany, upokorzony, dygocąc z zimna, wczołgać się do śpiwora i zemdleć.
Ataki niepokoju z pierwszych dni minęły, teraz brata Selmy na przemian nawiedzały trzeźwe rozważania i stany letargiczne, podczas gdy pływająca wyspa oddaliła się od brzegu na taką odległość, że nie widać już było nawet pęknięcia. Z początku nie mógł też spać. Bo chociaż szelf był zbyt daleko, aby tam popłynąć, to jednak wystarczająco blisko, aby wyraźnie, nawet przez sen, słyszeć dobiegający stamtąd skowyt powiązanych parcianymi paskami, osieroconych psów. Ten pełen skargi chór brzmiał tak, jakby był głosem jego własnego beznadziejnego stanu ducha. Ciarki przechodziły go na myśl, że psy stają się coraz głodniejsze, że nie ma nikogo, kto by je nakarmił i że wkrótce zaczną się rozszarpywać nawzajem. Trzeciego dnia słyszał je już tylko wtedy, kiedy wiatr wiał z południowego zachodu.
Wkrótce zaczną mnie szukać i wcześniej czy później znajdą, myślał Bird, starając się koncentrować na tym, jak najłatwiej i najbezpieczniej przetrwać do momentu, zanim pojawi się helikopter. Uznał, że szanse na ocalenie są stosukowo duże. Ze względu na niedźwiedzie zawsze trzymał przy sobie broń, tak więc miał ją teraz na wyspie. Amunicji nie za wiele, ale parę sztuk zostało, teoretycznie mógłby nawet polować, bo morze było spokojne i nic nie zapowiadało zmiany pogody.
Z trzech kanistrów z wodą dwa zostały na saniach, jeden na wyspie. A skoro słona woda nie nadaje się do picia, trzeba zatroszczyć się o słodką. Po drodze uzyskiwał ją ze strumieni, śniegu albo lodu, teraz musiał zmierzyć się z nowym wyzwaniem. Krę lodową pokrywała cienka, zaledwie kilkucentymetrowa warstwa szybko topniejącego śniegu. I kiedy zagotował lód na herbatę, zdumiony zauważył, że woda jest słona, co oznaczało, że jeśli dotychczasowa pogoda się utrzyma, może zginąć z braku wody. Aby temu zapobiec, zgromadził pryzmę śniegu w jednym miejscu, co zresztą nie było takie proste. Wyspa miała rozmiar zaledwie boiska do piłki nożnej i już od pierwszych dni dalej się rozpadała, toteż Bird junior nigdy nie oddalał się  od swojego dobytku, a kiedy gromadził śnieg, ciągnął go za sobą. W ciągu kilku dni ulepił ze cztery ogromne bałwany. Wyliczył, biorąc pod uwagę tempo odwilży, że zapasów śniegu wystarczyć mu na kilka tygodni. Ponieważ praca zmęczyła go bardziej, niż się spodziewał, pozwolił sobie na gorącą herbatę, chociaż musiał też oszczędzać spirytus. Podobnie było z konserwami – jednak tego dnia zjadł dwie; następnego dnia, jak gdyby Arktyka miała mu za złe te drobne luksusy, kra się rozpadła. Bird musiał zadowolić się jedną trzecią powierzchni i jednym jedynym bałwanem, z wolna zmieniającym się w śnieżną breję.
Miałby powód do nowego ataku paniki, lecz mocno wierzył w nadejście pomocy. Szybko też uświadomił sobie, że musi się skoncentrować na najważniejszych rzeczach; bo mimo że okoliczności chwilowo mu sprzyjają, mimo nadziei i optymistycznych myśli, nie wolno mu czynić odstępstw od ustalonego porządku dnia. Gdy słońce stało wysoko i Bird grzał się na lodzie, owładnęła nim myśl, że może dobrze się stało. Wreszcie jakaś mała przygoda. Przygoda życia. Oprócz bezustannej i drobiazgowej analizy sytuacji poświęcał się tylko jednej, skądinąd zbędnej, czynności: filmowaniu. Uważał, że warto uwiecznić „to ocalenie”, a rozładowane akumulatory czy wykorzystane karty pamięci XD w niczym nie umniejszą jego szans na ratunek. Na krótko znalazł radość w dokumentowaniu, jednak po dziesięciu dniach, z żałosną miną mówił do kamery, to z rezygnacją, to znów ze złością:
„Nie wiem, gdzie oni są, do cholery… Niemożliwe, żeby w epoce satelitów nie byli w stanie mnie znaleźć. Nie ma mgły, nie ma wiatru, nie ma burzy śniegowej! Niedługo wpadnę w niezłe gówno: śnieg się stopi, większość lodu jest słona, tylko pogodę mam super, połowę dnia wyleguję się w słońcu, nocami nie marznę w śpiworze, ale wolałbym, żeby było o wiele zimniej, wtedy spadłby śnieg i rozwiązałby się problem wody. A jeszcze lepiej, gdyby morze zamarzło, mógłbym wtedy opuścić tę pływającą wyspę i wrócić do moich sanek, wprawdzie bez nawigacji GPS nie wiem, gdzie się teraz znajduję, ale może jeszcze niezbyt daleko? Jeśli jednak zrobi się mroźno, to wcześniej czy później zamarznę. Spirytus się kończy, żywność na wyczerpaniu, kremy zostały na saniach, moja skóra wyschła i popękała, z pęcherzy często sączy się krew. To niemożliwe, żeby po mnie nie przyszli. Selma na pewno kazała mnie szukać. Oszaleję od tego czekania. Żeby tylko coś się wreszcie wydarzyło!”
Jego życzenie spełniło się. Skończyła się łagodna, bezwietrzna pogoda, gwałtowne podmuchy wiatru chłostały jak biczem wodę w Zatoce Franklina i chociaż Bird nie czuł tego, powstałe prądy morskie szybko unosiły wyspę ze sobą. Zatroskany wciąż zeskrobywał lód, kosztował go, obserwował niebo, czy przypadkiem nie nadchodzi śnieżyca, czy nie nadlatuje helikopter. Ogarniał go strach, gdy wyspa niebezpiecznie zbliżała się do znacznie większych od niej brył lodu i kilka razy się z nimi zderzyła; kiedy wpadł na sporych rozmiarów górę lodową, w cieniu jej wysokiej na co najmniej dwadzieścia stóp ściany przerażony pomyślał, że może się zawalić i roztrzaskać wyspę. Wtedy postanowił, że przy pierwszej nadarzającej się okazji przeniesie się na inną krę, większą, bezpieczniejszą i możliwe, że ze słodkiej wody i oby ze słodkiej wody.
Opadła mgła, mimo to wiatr wciąż atakował. Bird nie widział nawet brzegu kry, więc nie potrafił ustalić, czy to kierunek wiatru zmienia się tak często, czy może to tafla lodu obraca się? Miał nadzieję, że przy tej mglistej, wietrznej i nieco zimniejszej pogodzie spadnie trochę śniegu. Poza tym przez cały dzień tkwił skulony w śpiworze, a kiedy udawało mu się opanować strach lub też ogarniało go skrajne zmęczenie, zasypiał. Załatwiał się przy legowisku. O takiej mgle jak wata czytał tylko w opisach podróży; bał się, że  ześliźnie się do wody, jeśli jego wyspa tymczasem stała się jeszcze mniejsza; przerażająco blisko słyszał uderzenia fal, myślał o sprawach, nad którymi nigdy przedtem się nie zastanawiał i zrobił kilka rzeczy, których nigdy przedtem nie robił, na przykład modlił się, choć nie wiedział, do kogo.
Po kilku dniach wiatr ustał, choć mgła utrzymywała się nadal; rozwiała się dopiero wtedy, gdy wiatr ponownie się nasilił, i to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Radość Birda nie miała granic. Po pierwsze zobaczył, że po górze lodowej nie ma śladu, tak więc z jej strony nic mu już nie grozi, a po drugie – jego wyspa utknęła pomiędzy innymi krami, i wydawało się, że jest szansa na przeprowadzkę. Spiętrzenie brył lodowych mogło również oznaczać, że wyspa została porwana do jakiejś zatoki lub cieśniny. Może przy pewnej dozie szczęścia uda mu się dotrzeć na brzeg? W dodatku w pobliżu wypoczywało z piętnaście, może dwadzieścia fok i kilkaset  mew, co świadczyło o tym, że brzeg musi być niedaleko, nie mówiąc już o tym, że ewentualne polowanie na foki obiecywało możliwość uzupełnienia już niemal wyczerpanych zapasów. Radości płynącej z tych prognoz nie zepsuł Birdowi nawet fakt, że zapaskudzone ekskrementami obozowisko przedstawiało żałosny widok, podobnie zresztą jak i on sam.
Robinson, do niedawna makler giełdowy, obszedł dookoła swoją niewielką wyspę, obejrzał, co z niej pozostało, spakował się w pośpiechu i ruszył w drogę. Posuwał się ostrożnie i tak w ciągu ponad dziesięciu godzin przeprawił się przez dwa tuziny dryfujących tafli lodowych. Z radością skonstatował, że każda z nich to lód słodkowodny. Poszedł bliżej do fok, które ignorując jego obecność, wylegiwały się beztrosko na zachwycającym, szerokim  płaskowyżu lodowego kolosa o romboidalnym kształcie. Bird zapragnął przedostać się na tę górę, która rozmiarami, stabilnością, ze swymi fokami i wrzeszczącymi mewami nasuwała myśl, że to już może nie góra lodowa, ale  brzeg lądu. A jeśli nawet nie, to z jej szczytu na pewno coś zobaczy. Bird miał nadzieję, że po łagodnym wschodnim zboczu płaskowyżu bez trudu wejdzie na szczyt, jednak następnego dnia spotkało go rozczarowanie. Przeprawiając się przez kolejne kry, stwierdził, że nie może przedostać się na górę, bo jest ona częścią innego lodowego zatoru, a między tymi dwoma zatorami ciągnie  się szeroki pas wody. Pocieszał się tym, że kra naprzeciwko góry lodowej też jest ogromna i pokrywa ją znacznie większa ilość śniegu aniżeli wyspę, którą opuścił. Tak więc tutaj rozbił obóz, trochę licząc na to, że foki wylegujące się u podnóża zbocza kiedyś wreszcie się ruszą i wtedy jedna czy druga znajdzie się w zasięgu strzału.
Doprowadził do porządku swoje rzeczy, to i owo wyszorował, sfilmował nowe  obozowisko, opowiedział o swoich ostatnich przeżyciach i zamiarach, a później, trzymając przed sobą odbezpieczoną broń, czekał na foki. Znów zanosiło się na ciepłe, bezwietrzne dni. Postanowił, że już nazajutrz zabierze się za gromadzenie śniegu. Rankiem czekała go miła niespodzianka: opodal unosił się długi na siedem stóp pień drzewa. To kolejny znak, który może świadczyć o bliskości lądu, no i szansa na zdobycie drewna na opał! Od czasu do czasu foki ożywiały się i pływały,  nurkowały i podskakiwały w  wodzie między dwoma lodowymi zatorami, co jakiś czas znikały na całe godziny, lecz zawsze wracały; kilkakrotnie przepływały całkiem blisko maklera, ale nim zdążył chwycić strzelbę, znikały pod wodą.
Drzewo schło bardzo wolno, aby przyspieszyć ten proces Bird zaczął rozłupywać pień na kawałki, odrąbywał z niego mniejsze i większe szczapy,  suszył je na płachcie i ustawiał na bocznej ściance namiotu, a te, które uznał za wystarczająco suche, upychał w nogach śpiwora. Praca sprawiła, że się uspokoił i zagłębił w rozmyślaniach, często odrywając się od rzeczywistości i wręcz zapominając, gdzie się znajduje. Nie obserwował nieba, nie wypatrywał niczego na horyzoncie, nie oczekiwał helikoptera, gotowy w każdej chwili do skoku, przeciwnie: pochylał się nad drzewem, ciął je starannie, odłupywał po kawałku, czasami tylko zerkając na wodę, czy nie przyniosła nowego pnia i czy nie wynurzyła się z niej foka. Taka wielodniowa krzątanina z przerwami jedynie na sen podziałała na niego tak kojąco, że kiedy obok Birda, który siedząc w kucki obrabiał pień trzymany w objęciach, na krę wyskoczyła znienacka nerpa, foka obrączkowana, ten omal nie padł na wznak z przerażenia. Nie miał strzelby pod ręką – na szczęście.
Cudownie gibka, gładka, brązowa, lśniąca i migocząca foka była wesoła, silna i nie mniej zaskoczona niż Bird. W jej uśmiechniętym pod długimi wąsami pysku wił się niewielki dorsz. Zanim wyskoczyła na krę, nie wiedziała, że na górze siedzi człowiek, podobnie jak zajęty struganiem Bird nie przeczuwał, że pod nim krąży foka. Długo wpatrywali się w siebie. Birdowi sprawiło przyjemność, że może z bliska popatrzeć na kogoś, na żywą istotę. A zwierzę, wyglądające na młode, było nie tylko speszone obecnością człowieka, lecz także wyraźnie zaciekawione. Po wymianie pełnych kokieterii spojrzeń, Bird powiedział:
– No, co jest?
Nieoczekiwany gość ze zdumienia wypuścił zdobycz i po kilku krótkich, ostrych szczeknięciach wskoczył do morza. Bird widział dorsza miotającego się w kierunku krawędzi lodu, ale zaskoczony nie mógł się ruszyć; już w ostatniej chwili rzucił się za nim tak gwałtownie, że niewiele brakowało, a sam wylądowałby w wodzie. Wrócił na miejsce, do pnia drzewa, z otwierającą pyszczek zdobyczą w ręce.
– Nie do wiary… Gdyby Selma to widziała…
Ostrzem noża myśliwskiego odciął dorszowi głowę, wziął kamerę, ustawił ją na statywie, uruchomił i usiadł z powrotem.
– Tak więc jestem na krze lodowej, kilka dni temu wyglądało na to, że umrę z pragnienia, teraz jednak mam już wodę, to znaczy mam pod dostatkiem śniegu, wyłowiłem też pień drzewa z morza, a przed chwilą dosłownie tuż przed moim nosem wyskoczyła foka i zostawiła mi rybę! Jeszcze nigdy nie widziałem foki z tak bliska. Wreszcie zjem coś ciepłego, a moje zapasy nie zostaną uszczuplone, bo nie muszę otwierać konserwy ani używać spirytusu. Jeśli sprawy dalej tak się potoczą, któregoś dnia może upoluję fokę i będę miał mięso.  A teraz nakręcę film o tym, jak przygotowuję prawdziwy  polarny obiad.
W tym momencie spojrzał na zegarek i poprawił się:
– Raczej kolację. Jest czwarta po południu, a więc potraktujmy to jako kolację.
Z kawałków drzewa ułożył małą piramidę, na dole położył trochę kory, w końcu, wykorzystując promienie słoneczne i ogniskową fotoaparatu, rozniecił ogień, na którym upiekł wypatroszonego, oskrobanego z łusek, nadzianego na metalowy kołek do namiotu dorsza.
Gdy wczesnym popołudniem następnego dnia wylegiwał się bez ubrania, znów pojawiła się jego nowo poznana znajoma. Tak samo nieoczekiwanie jak poprzedniego dnia, choć teraz wyskoczyła trochę dalej i pozostała nieco krócej. Już nie była zaskoczona. Wiedziała, że Bird tam jest. Wyskoczyła i zaraz dała susa z powrotem. Jej towarzyszki również patrolowały okolicę, lecz w przyzwoitej odległości. Widząc, że foka co chwilę wraca, Bird pomyślał: oto wspaniała okazja do polowania. Już sięgał po strzelbę, gdy foka znowu przyniosła mu rybę w pysku. Tak samo  jak poprzedniego dnia długo przyglądała się wychudłemu człowiekowi, który pożądliwie spoglądał na szamoczącego się w jej pysku śledzia.
– No, połóż go ładnie.
Zwierzę wykonało ruch, jak gdyby grzecznie się ukłoniło.
– Mądra foka, połóż tę cholerną rybę! – powiedział Bird junior i szarpnął się, jak gdyby chciał ją nastraszyć. Na to foka z wyraźnym oburzeniem pohuśtała swym łupem, rzuciła go na wyspę i wydając dwa krótkie szczeknięcia, skoczyła do morza. Bird bez namysłu, o wiele szybciej i sprawniej niż poprzedniego dnia schwytał śledzia, zabił go i tak ustawił kamerę, żeby widać było cieśninę i górę lodową, po czym usiadł w kadrze:
– Dość nieprawdopodobne, lecz dopiero co, nie minęło nawet pięć minut, była tu wczorajsza foka i znowu przyniosła mi pożywienie. To znaczy, zostawiła mi rybę. Nie wiem, co mam o tym myśleć, ale to dość ciekawe. O, tutaj, proszę! Chyba coś w rodzaju śledzia… Pływają teraz w pobliżu, chyba polują. Gdy kończą, zbierają się po drugiej stronie cieśniny, na płaskowyżu góry lodowej, powiedział Bird, a wtedy tuż obok niego, po prawej stronie znów pojawiła się na chwilę, po czym znikła jego osobliwa przyjaciółka.
– Widziałaś? Prawda? Nie zmyślam. Widziałaś? Mam nadzieję, że jest na filmie. Reszta tu nie przypływa. Usiądę dalej, żeby było dobrze widać, może znowu wyskoczy – i Bird junior wycofał się z kadru, tak więc kamera uchwyciła już tylko spokojną, pełną kawałków lodu, ciemnogranatową, lekko pomarszczoną wodę.
– Możliwe, że dziś już nie przypłynie, nie wiem… Ale poczekajmy jeszcze trochę, najwyżej będzie długie ujęcie cieśniny.
I wtedy właśnie foka, dobrodziejka maklera, znowu wyskoczyła z morza wprost przed kamerę. Woda na jej ciele lśniła jak jedwab, z zaciekawieniem przyglądała się tej niezwykłej konstrukcji, na wąsach wisiały jej kuleczki lodu, prychała, dyszała i kłaniała się w pas. Wykonała kilka skoków, by w końcu odpłynąć delfinem w stronę góry lodowej. Bird wrócił do kamery:
– A co? Nie mówiłem?
Przy następnym ujęciu cokolwiek robił, jednym okiem ciągle zerkał na wodę. Nie na próżno. Wczesnym popołudniem przypłynęła, jak powiedział Bird ze szlachetną prostotą: Foka. I to z takim akcentem, jak gdyby była ostatnim przedstawicielem wymierającego gatunku
– Bądź pozdrowiona! – powitał ją wesoło i pokłonił się. Tym razem foka już bez żadnych ceregieli położyła rybę, jakby w rewanżu za jego uprzejmość, po czym płynnym ruchem odrzuciła w tył głowę, wydała przeciągły dźwięk, całą serię szczekliwych odgłosów, podczas gdy makler wdzięczył się do niej w ukłonach. Wzbudziło to zainteresowanie zwierzęcia, które, wydawało się, że nad czymś rozmyśla, bez ruchu, pytająco wpatrywało się w Birda, a w końcu, jakby podjęło szybką decyzję, zdecydowanie skoczyło do wody. Bird pobiegł po rybę, zabił ją i odłożył. Już przygotował drewno na podpałkę, gdy tuż obok dał się słyszeć plusk, foka pojawiła się zaledwie na kilka chwil na brzegu wyspy, po czym spora ryba szerokim łukiem poszybowała z morza wprost do obozowiska.
Ryba miała przynajmniej ze dwie piędzi długości i ważyła około dwóch funtów. Zdumiony Bird stanął na krawędzi lodu, szukał foki, lecz na próżno, tego dnia już się nie pokazała.
Przeglądając ujęcia z kilku tygodni Bird, który wyraźnie nabrał sił, z radosnym oczekiwaniem spoglądał na zegarek, by nagle z dziecinnie naiwną radością wykrzyknąć:
– Płynie. Popatrz! – i wtedy przypłynęła foka z niewielką rybą w pysku. Bird, tym razem stał, a nie siedział. Skłonił się głęboko i z komiczną emfazą  powiedział coś w tym rodzaju:
– Witam miłościwego księcia Morza Arktycznego, z całego serca cieszę się z odwiedzin…
Foka wrzuciła rybę, Bird zabrał ją i przez chwilę patrzył do kamery:
– A teraz patrz! Kiedy to zrobię, przyniesie mi płastugę – i zwracając się do cierpliwie czekającego zwierzęcia, rozłożył przed sobą śpiwór, przykucnął i  wzorowo wykonał klasycznego koziołka. Foka prychnęła i znikła. Bird zwrócił się do kamery:
– Popłynęła po płastugę.
I czekał, czekał, czekał.
– Spokojnie. Nie zwariowałem. Zobaczysz, przyniesie!
Wreszcie, co prawda po długim czasie, foka ponownie się zjawiła i nie zatrzymując się, rzuciła Birdowi rybę – bez wątpienia płastugę. Teraz z kolei Bird wskazał na zapasy drewna opałowego, ułożone z kawałków,  które foka popychała do wyspy w ramach różnych pokazów. Zanim akumulatory się wyczerpały i Bird junior nie mógł już sfilmować żadnej sceny, parę razy zdążył jeszcze uwiecznić, jak przy sporym ognisku, z niepokojącym chichotem piecze tłuste ryby, powtarzając:
– Nie do wiary, nie do wiary. W dodatku nie mam pojęcia, gdzie jestem.
 
Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Najpierw się ochłodziło. Już nie można się było wygrzewać w słońcu. Bird niespokojnie chodził tam i z powrotem po tkwiącej całymi tygodniami w jednym miejscu wyspie. Widział, jak przy końcu cieśniny marszczy się woda. Widział, że niebo stało się bardziej niebieskie. Ciemniejsze i bardziej niebieskie. Potem na grzbiet góry lodowej naprzeciwko spadł śnieg, a w parę sekund później nad cieśniną i piętrzącymi się taflami lodu powiał silny wiatr. Luźno dotychczas stykające się ze sobą mniejsze i większe wyspy zaczęły się zderzać, woda pokryła się odłamkami lodu, które dźwięczały jak setki dzwoneczków. W górze pojawiły się pędzące nisko, ołowiane chmury, słońce to znikało za nimi, to znów pojawiało się, spadły również pierwsze płatki śniegu; początkowo wirowały w powietrzu miękkie niczym wata, by ustąpić miejsca padającym z łoskotem drobnym, gęstym kuleczkom gradu, chmury zasnuły niebo wzdłuż i wszerz, a wiatr wciąż przybierał na sile. Bird, ledwie trzymając się na nogach, po prostu nie umiał sobie wyobrazić silniejszego wiatru. Nie uderzał porywami, lecz wiał i wiał, histerycznie, jak opętany, co nie zwiastowało rychłego końca. Do opadów śniegu doszło zamglenie, lodowe bryły przez wiele dni uderzały o siebie łamiąc się i miażdżąc nawzajem. Bird trząsł się skulony w śpiworze, układając wokół legowiska wszystkie swoje rzeczy i błagając: „Niechże ten wiatr wreszcie ustanie!” Z opadów śniegu, oczywiście, cieszyłby się, ale przy innej pogodzie, bo najpierw grad, a później, przybywający pod postacią gęstych chmur duszący, puszysty śnieg nie utrzymywały się na taflach lodu, lecz zmiatane przez huragan lądowały w morzu. Bird się obawiał, że dotychczas bezpieczna wyspa rozpadnie się na kawałki; w dodatku podczas tej fatalnej pogody foka przestała go odwiedzać.
Bird sam już nie wiedział, ile dni upłynęło mu w tej zamieci śnieżnej, ze strachu nie mógł spać, a kiedy był już całkowicie wyczerpany, skulony w dolnej części śpiwora niczym jeż zemdlał; oprzytomniał dopiero wtedy, gdy wokół zapanowała niezwykła cisza. Stało się to, czego się obawiał: ogromna wyspa przełamała się, a on znalazł się na kawałku żałosnych rozmiarów. Spiętrzenia, a nawet większość lodowych bloków znikły; te, które przetrwały – o ile to były te same bloki – były daleko i wyglądały na równie małe. Widział wprawdzie kilka gór lodowych, ale gdzieś w dali, na doprowadzającym do szaleństwa błękicie bezkresnego, otwartego morzu. Jak okiem sięgnąć, tylko woda i woda, tu i ówdzie bryły lodu i kilka beznadziejnie małych, za to mocno kołyszących się wysepek. Przez większość z nich przewalało się do znudzenia rozhuśtane morze, kołysząc się pływały jak szczątki rozbitego statku. Cały ten widok nie wróżył niczego dobrego.
Birdowi przyszło na myśl, że wiatr znosi je na południe, ale w takim przypadku musiałby je porwać z Przejścia Północno-Zachodniego, co wydawało się niemożliwe, dlatego też każde ocieplenie tłumaczył sobie raczej zmianami klimatu. Jego wysepka była tak mała, że czuł nawet, jak topniejąc, kurczy się dalej, w dodatku, ponieważ nie było już na niej śniegu, zmuszony był odrąbywać od niej kawałki lodu, kiedy chciał zaspokoić pragnienie albo coś ugotować. Inna sprawa, że nie bardzo miał już co gotować, znowu musiał oszczędzać, stale był głodny. Powróciła rozpacz i pojawiło się też dziwne, zrazu słabe uczucie: pragnienie śmierci.
Nazajutrz przez lornetkę zobaczył płynącego niedźwiedzia polarnego. Najpierw przeraził się, lecz po chwili pomyślał, że pojawia się w samą porę. Zastrzeli go i zje. Osłabiony niedźwiedź walczył z falami, to tu, to tam próbował się wydostać na którąś taflę lodu, lecz te obracały się, zapadały i łamały pod jego ciężarem. Bird przynajmniej przez godzinę obserwował jego zmagania, rozważając, czy jego wyspa utrzyma jeszcze i niedźwiedzia. Budzące litość zwierzę miotało się bezradnie. W tej szamotaninie niedźwiedź raz znalazł się niemal w zasięgu strzału, ale jak gdyby rozmyśliwszy się, zawrócił; był straszliwie chudy i na pewno głodny, tak więc to on mógłby uznać brata Selmy za zdobycz. W końcu jednak popłynął dalej, za cenę dalszych zmagań, tam, skąd się pojawił, i znikł. Bird zrezygnowany i przygnębiony siedział na lodzie. Dwie godziny później w pobliżu pojawiło się kilkanaście białuch; płynęły powoli, wynurzając się równocześnie, by nabrać powietrza. Przepłynęły obok Birda w odległości dwustu stóp, a potem nastała cisza.
Bird postanowił zaparzyć herbatę. Wstał, podniósł worek z bagażem i wtedy wyspa przechyliła się na bok. Stanął nieco dalej i wróciła do poprzedniej pozycji. Wiele razy zmieniał jej punkt ciężkości i uświadomił sobie, że tak niewiele zostało już pod nim lodu, iż wyspa kiwa się przy najmniejszym ruchu. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak przybity i zmęczony, jak w chwili, kiedy ostrożnie, niczym albatros na jajku, zważając na każdy ruch, z powrotem usiadł. W jego kierunku napływało łagodne, południowe powietrze, słońce grzało mu kark, po niebie błąkało się kilka małych chmurek, wysoko przelatywały korytarzem powietrznym lśniące, metalowe kapsuły samolotów, zostawiając za sobą proste jak strzała smugi kondensacyjne, tu i tam na wodzie bieliły się mewy. Bird  już wcześniej, kiedy wygrzewał się w słońcu, wiele razy z utęsknieniem obserwował  te dalekie samoloty, zastanawiając się, co by zrobili pasażerowie, gdyby wiedzieli, że właśnie przelatują nad awanturnikiem, który utknął na krze lodowej, i co też mogą sobie myśleć plemiona w dziewiczej puszczy, które nigdy nie spotkały białego człowieka, na widok dziwnych przedmiotów ciągnących smugi po niebie; a on, zamożny stary kawaler, latając na Kubę, do Pekinu albo do Londynu, ile razy w ciągu swego życia przelatywał nad jakimś rozbitkiem?
Postanowił, że nie zrobi tego, co niedźwiedź, raczej strzeli sobie w skroń, nawet jeśli mewy miałyby go potem rozdziobać na kawałki, a jego kości spoczną na dnie morza. Później wysubtelnił tę myśl: lufę strzelby skieruje raczej w serce, żeby nie leżeć tam z roztrzaskaną twarzą, na wypadek gdyby go jednak znaleźli. Odczeka jeszcze ze dwa dni, na resztki drewna rzuci wszystko, co można spalić, śpiwór, anorak, wiatrochron, obleje stos spirytusem i podpali. Ogrzeje się po raz ostatni, a kiedy już się porządnie rozgrzeje, przyjdzie czas na kulę.
Właśnie zajmował się ustalaniem scenariusza swej ostatniej godziny, gdy usłyszał prychanie, tuż przed nim pojawiła się foka i opłynęła dookoła wyspę, jakby chciała powiedzieć: „Rzeczywiście, niewiele tu miejsca. Myślę, że jesteś w poważnych tarapatach”. Zrobiła kilka beczek i z głośnym prychnięciem zniknęła pod wodą. Po kilku minutach przypłynęła znowu, tym razem z rybą w pysku. Nie wskoczyła na wyspę, za co Bird był jej ogromnie wdzięczny. Bryły lodu dookoła nawet pod wpływem najmniejszej fali obracały się jak kulki łożyska, i wskakująca foka mogłaby wywrócić krę wraz Birdem. Foka wystawiła pysk z niewielką rybą i długo przyglądała się żałosnej ludzkiej istocie, która nie miała odwagi nawet wstać i ostrożnie dygała na siedząco. Zwierzę parsknęło gniewnie, wrzuciło rybę do morza i odpłynęło. Niebawem wróciło z płastugą. Bird od wielu dni nic nie jadł. Zważając na każdy ruch, powoli wstał, żeby zaprezentować foce jakieś ćwiczenie gimnastyczne – wagę, byle co, cokolwiek, lecz szybko zrozumiał: to niemożliwe. Nawet stojąc bez ruchu ledwie mógł się utrzymać na silnie kołyszącej się wyspie. Usiadł z powrotem i wpatrując się w fokę, rzekł:
– Nie mogę. Zrozum, nie mogę!
Lecz zwierzę nie rozumiało jego słów, rzuciło płastugę i zaczęło pływać dookoła wysepki. Bird tylko wykręcał głowę, chwilami czuł, że foka szturcha wyspę od spodu. Niebawem pojawiła się z jakąś większą rybą, płynąc na grzbiecie wydawała dobrze znane Birdowi dźwięki, serię szczeknięć, lecz kiedy i na to nie zareagował, wyrzuciła również trzecią rybę. Brat Selmy czuł straszną bezsilność, ale był też rozgniewany na fokę, postanowił ją zastrzelić. Przy pewnej dozie szczęścia może uda mu się wciągnąć ją na wyspę i w tej, zapewne ostatniej, godzinie zrobi sobie ucztę. Z bocznej kieszeni worka z bagażem wyjął dwa naboje, załadował strzelbę, po czym gotową do strzału, zwróconą w miejsce, w którym ostatni raz widział fokę, położył sobie na kolanach. Gniew naprężył nerwy Birda i jego palec na spuście do granic wytrzymałości; druga ręka spoczywała na kolbie, trzymał ją nisko, nie podnosił do oczu i w pozycji strzeleckiej „z biodra” czekał na pojawienie się foki. Kiedy wreszcie przypłynęła i na chwilę zatrzymała się tuż przed nim, z płastugą większą od wszystkich dotychczasowych, Bird niepostrzeżenie, jakby przypadkowym ruchem, pociągnął za spust. Foka nie miała czasu, żeby się przestraszyć, makler wypalił prosto w jej pysk. Widział wyraźnie, jak łeb foki rozpada się i wylatuje w powietrze razem z płastugą.
– Pieprz się ze swoją płastugą – powiedział  brat Selmy.
 
Zapadła cisza. Focze zwłoki unosiły się w odległości około ośmiu stóp od wyspy, a potem zaczęły się z wolna oddalać. Nazajutrz opłynęły wyspę, a trzeciego dnia prąd uniósł je daleko. Bird mógł je dojrzeć tylko przez lornetkę. Kiedy obsiadły je mewy, do nich również oddał kilka strzałów i poszedł spać. Gdy się obudził, foka znów była blisko, na tyle, że nożem z przywiązaną do trzonka linką próbował ją przyciągnąć do wyspy, lecz po wielu nieudanych rzutach ciało foki odpłynęło trochę dalej. Bird zdecydował: nie strzeli sobie w pierś, dopóki nie wyłowi swojej byłej dobrodziejki i jej nie zje.
Termin planowanej kapitulacji minął, Bird siedział i obserwował trupa foki, który koło południa znowu znalazł się w zasięgu linki. Bird jednak wciąż siedział bez ruchu i tylko obserwował. Trup zbliżał się centymetr po centymetrze, aby o czwartej po południu, z roztrzaskanym łbem, dotrzeć do wyspy i wtedy, dopiero wtedy, Bird powoli, bardzo powoli położył się na brzuchu, chwycił ciało foki za płetwę piersiową i wciągnął je na wyspę. Suche drewno polał spirytusem, włożył naboje do strzelby, odwiązał linki z noża, rozpłatał nim tułów foki, oddzielił futro i sadło od mięsa, którego duży kawał nadział na czubek noża, a potem rozpalił ogień. Purpurowe płomienie od spirytusu, skwierczącego sadła i futra buchnęły wysoko, w powietrze uniósł się gęsty, czarny dym, brat Selmy cofnął się porażony gorącem, które uderzyło go w twarz i śledząc drogę dymu spojrzał w górę: tuż nad nim, na wysokości stu stóp, pośrodku jasnego nieba, wisiał w powietrzu ogromny, czarny jak sadza helikopter.

centauri jégmező

MINDEN VÉLEMÉNY SZÁMÍT!

Az email címet nem tesszük közzé. A kötelező mezőket * karakterrel jelöljük.

A következő HTML tag-ek és tulajdonságok használata engedélyezett: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>